Info
Więcej o nim tu, a niżej BATONY NA BOCZKU ;)
2025
2024
2023
2022
2021
2020
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
Zaliczone rowerowo gminy:
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj5 - 0
- 2026, Kwiecień11 - 0
- 2026, Marzec13 - 0
- 2026, Luty3 - 0
- 2025, Grudzień13 - 7
- 2025, Listopad7 - 2
- 2025, Październik7 - 2
- 2025, Wrzesień10 - 3
- 2025, Sierpień9 - 8
- 2025, Lipiec10 - 31
- 2025, Czerwiec4 - 8
- 2025, Maj15 - 31
- 2025, Kwiecień12 - 32
- 2025, Marzec11 - 28
- 2025, Luty1 - 5
- 2025, Styczeń1 - 4
- 2024, Grudzień5 - 29
- 2024, Listopad4 - 25
- 2024, Październik14 - 86
- 2024, Wrzesień10 - 38
- 2024, Sierpień7 - 19
- 2024, Lipiec17 - 31
- 2024, Czerwiec1 - 4
- 2024, Maj17 - 71
- 2024, Kwiecień13 - 36
- 2024, Marzec13 - 56
- 2024, Luty7 - 30
- 2024, Styczeń2 - 6
- 2023, Grudzień3 - 14
- 2023, Listopad7 - 21
- 2023, Październik10 - 39
- 2023, Wrzesień12 - 72
- 2023, Sierpień14 - 96
- 2023, Lipiec10 - 40
- 2023, Czerwiec7 - 25
- 2023, Maj13 - 54
- 2023, Kwiecień11 - 50
- 2023, Marzec10 - 61
- 2023, Luty5 - 28
- 2023, Styczeń15 - 76
- 2022, Grudzień3 - 21
- 2022, Listopad5 - 27
- 2022, Październik9 - 43
- 2022, Wrzesień4 - 18
- 2022, Sierpień13 - 93
- 2022, Lipiec11 - 48
- 2022, Czerwiec5 - 24
- 2022, Maj15 - 70
- 2022, Kwiecień11 - 54
- 2022, Marzec12 - 77
- 2022, Luty8 - 40
- 2022, Styczeń8 - 39
- 2021, Grudzień9 - 54
- 2021, Listopad12 - 68
- 2021, Październik11 - 41
- 2021, Wrzesień10 - 47
- 2021, Sierpień13 - 53
- 2021, Lipiec13 - 60
- 2021, Czerwiec19 - 74
- 2021, Maj16 - 73
- 2021, Kwiecień15 - 90
- 2021, Marzec14 - 60
- 2021, Luty6 - 35
- 2021, Styczeń7 - 52
- 2020, Grudzień12 - 44
- 2020, Listopad13 - 76
- 2020, Październik16 - 86
- 2020, Wrzesień10 - 48
- 2020, Sierpień18 - 102
- 2020, Lipiec12 - 78
- 2020, Czerwiec13 - 85
- 2020, Maj12 - 74
- 2020, Kwiecień15 - 151
- 2020, Marzec15 - 125
- 2020, Luty11 - 69
- 2020, Styczeń17 - 122
- 2019, Grudzień12 - 94
- 2019, Listopad25 - 119
- 2019, Październik24 - 135
- 2019, Wrzesień25 - 150
- 2019, Sierpień28 - 113
- 2019, Lipiec30 - 148
- 2019, Czerwiec28 - 129
- 2019, Maj21 - 143
- 2019, Kwiecień20 - 168
- 2019, Marzec22 - 117
- 2019, Luty15 - 143
- 2019, Styczeń10 - 79
- 2018, Grudzień13 - 116
- 2018, Listopad21 - 130
- 2018, Październik25 - 140
- 2018, Wrzesień23 - 215
- 2018, Sierpień26 - 164
- 2018, Lipiec25 - 136
- 2018, Czerwiec24 - 137
- 2018, Maj24 - 169
- 2018, Kwiecień27 - 222
- 2018, Marzec17 - 92
- 2018, Luty15 - 135
- 2018, Styczeń18 - 119
- 2017, Grudzień14 - 117
- 2017, Listopad21 - 156
- 2017, Październik14 - 91
- 2017, Wrzesień15 - 100
- 2017, Sierpień29 - 133
- 2017, Lipiec26 - 138
- 2017, Czerwiec16 - 42
- 2017, Maj25 - 60
- 2017, Kwiecień20 - 86
- 2017, Marzec18 - 44
- 2017, Luty17 - 33
- 2017, Styczeń15 - 52
- 2016, Grudzień14 - 42
- 2016, Listopad18 - 74
- 2016, Październik17 - 81
- 2016, Wrzesień26 - 110
- 2016, Sierpień27 - 197
- 2016, Lipiec28 - 129
- 2016, Czerwiec25 - 79
- 2016, Maj29 - 82
- 2016, Kwiecień25 - 40
- 2016, Marzec20 - 50
- 2016, Luty20 - 66
- 2016, Styczeń16 - 52
- 2015, Grudzień22 - 189
- 2015, Listopad18 - 60
- 2015, Październik21 - 52
- 2015, Wrzesień27 - 38
- 2015, Sierpień26 - 37
- 2015, Lipiec29 - 42
- 2015, Czerwiec27 - 77
- 2015, Maj27 - 78
- 2015, Kwiecień25 - 74
- 2015, Marzec21 - 80
- 2015, Luty20 - 81
- 2015, Styczeń5 - 28
- 2014, Grudzień16 - 60
- 2014, Listopad27 - 37
- 2014, Październik28 - 113
- 2014, Wrzesień28 - 84
- 2014, Sierpień28 - 58
- 2014, Lipiec28 - 83
- 2014, Czerwiec26 - 106
- 2014, Maj25 - 88
- 2014, Kwiecień24 - 75
- 2014, Marzec18 - 133
- 2014, Luty17 - 142
- 2014, Styczeń13 - 68
- 2013, Grudzień21 - 115
- 2013, Listopad23 - 102
- 2013, Październik22 - 64
- 2013, Wrzesień28 - 108
- 2013, Sierpień18 - 66
- 2013, Lipiec30 - 95
- 2013, Czerwiec30 - 79
- 2013, Maj30 - 55
- 2013, Kwiecień29 - 81
- 2013, Marzec16 - 39
- 2013, Luty19 - 62
- 2013, Styczeń9 - 18
- 2012, Grudzień22 - 62
- 2012, Listopad22 - 19
- 2012, Październik20 - 8
- 2012, Wrzesień25 - 6
- 2012, Sierpień2 - 3
- 2012, Lipiec14 - 4
- 2012, Czerwiec26 - 14
- 2012, Maj23 - 24
- 2012, Kwiecień26 - 23
- 2012, Marzec27 - 20
- 2012, Luty21 - 35
- 2012, Styczeń23 - 59
- DST 88.70km
- Teren 9.40km
- Czas 03:54
- VAVG 22.74km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Taka SE wyprawka - dzień 4: płaskowyżej, coraz wyżej
Wtorek, 29 kwietnia 2014 · dodano: 03.05.2014 | Komentarze 3
Trasa: Leżajsk - Sochy k. ZwierzyńcaNowe gminy: Kuryłówka, Biszcza, Tarnogród, Księżopol, Łukowa, Józefów, Zwierzyniec.
Rano zwinęliśmy się od Pani Babci, która nie omieszkała nas parę razy odwiedzić już od rana w kwestiach kluczowo-porządkowych i na dzień dobry podjechaliśmy obejrzeć leżajski klasztor. Duży, wypasiony (bo chyba bernardynów?), z suchą fontanną z napisem "tu leżą pieniądze" - i rzeczywiście - podczas gdy M. udała się na zwiedzanie, ja naliczyłem ze 3 zyle w nominałach od 1 do 10 groszy polskich. Na tanie wino dla Dziada Proszalnego jak ręką zadał! :D
Za Leżajskiem był most na Sanie - i ostatnia gmina Podkarpacia, czyli Kuryłówka. Tu to już w ogóle okazało się, że oprócz lasów prawie nic nie ma - prawie, bo była np. akcja ratująca auto, które ciągnięte na holu raczyło się na prostej drodze stoczyć do przydrożnego rowu, a ze środka wysypała się zawartość średniej wielkości sklepu warzywno-owocowego ;D Na szczęście nic się nikomu nie stało i wspólnymi siłami (ja, kilku chłopa, jakaś ciężarówka i Merida w ramach obserwatora) udało się wyciągnąć grata na asfalt. W międzyczasie dojechała M., która z daleka widząc akcję, myślała, że zderzyłem Meridę z ciężarówką, autem w rowie i kilku chłopami, nie licząc marchwi, kapusty i ziemniaków przy tym ;)
Lasy na zmianę z jakimiś lichymi wioskami ciągnęły się jeszcze chwilę, potem były szerokie, jak na hamerykańskiej prerii krajobrazy z lekka faliste i chwilowy omal brak asfaltu - i zaczęło się lubelskie, czyli Kongresówka. Pierwsza wieś nazywała się Bukowina i miała ładny kościółek, potem pojechaliśmy trochę główniejszą trasą i po przyjemnym zjeździe powitaliśmy Tarnogród. Tu postój godzinny pod sklepem, znów się zrobił upał, ale niebo zaczęły powoli zasnuwać czarne, burzowe chmury. Ruszyliśmy więc ku kolejnym wsiom, aż w końcu zaczęło walić pojedynczymi dużymi kropami - w sam czas znalazła się na szczęście wiata. Po paru minutach przeleciało, ale gdy ruszyliśmy dalej i wjechaliśmy na kolejny widokowo-rolniczy rozległy płaskowyż - naliczyliśmy na horyzoncie aż cztery oberwania chmury naraz! Brakowało tylko jakiegoś przydrożnego twistera ;) Obejrzawszy pomnik wojenny kawałeczek na uboczu, a następnie wiejąc, aż się kurzyło z górki na pazurki (a ja na lemodku), w sam czas zdążyliśmy przed kolejną lują do następnej wsi pod daszek przystanku. I znów po paru minutach zrobiło się ładnie, więc na Pisklaki i Szostaki - a w tych ostatnich chciał mnie pożreć kundel. W planach było przejechać most na Tanwi i udać się na północ gruntówą na Aleksandrów, ale skrót za mostem okazał się tak piaszczysty i mokry jednocześnie, że szybko wróciliśmy na asfalty i pojechaliśmy na słynne z okazji największej bitwy partyzanckiej Osuchy. I tu zaczęły się naprawdę tragiczne asfalty, które sprawiły, że Roztocze zapamiętałem głównie nie z przydrożnych, a drożnych (a właściwie niedrożnych) krajobrazów. Póki co jednak na kierunku, w którym zamierzaliśmy jechać dalej zawiesiła się wielka czarna gradowa chmura, więc nie chcąc być omokrzonymi, utknęliśmy w Osuchach na kolejną godzinę, bo po chwili zaczęło padać. Trwaliśmy pod daszkiem, robiło się późno, w końcu powoli zaczęło przechodzić - i zalaną drogą składającą się wyłącznie z dziur i łat ze smoły potoczyliśmy się do Józefowa. W Józefowie nad stawem jest pelikan rzeźbiony, a my dalej przeważnie pod górkę już w serce Roztocza - do Górecka. Tu był chwilę asfalt dobry - i ostatni sklep na szlaku, więc pożarliśmy coś w rodzaju kolacji - i wjechalismy do Parku Narodowego - drogą na Floriankę. Tak jak w życiu tak koszmarnych asfaltów jak na Roztoczu rowerowo nie doświadczyłem, tak gruntówka między Góreckiem, a Zwierzyńcem okazała się chyba najlepszą, jaką znam - równiuśko ubita drobniutkim szutrem i chyba wywalcowana. Ech! :) We Floriance podjechałem obejrzeć tarpany w garażu końskim, a M. się znów zgubiła, bo nie skręciła, aleśmy się znaleźli. I dalej w las, bo zaczęło się powoli zmierzchać, równiutką gruntówą z górki - cud, miód, orzeszki lizać!! A na koniec, gdy droga dobiła asfaltu w lewo - i za chwilę były już Sochy i nasza kolejna kwatera - super-wypasiona - i za jedyne 30 złotych, choć znowu z rozregulowanym TV - epidemia jakaś, czy co? :> Na szczęście nie było Pani Babci, więc wieczór należał do spokojnych, a w łazience to nawet znalazła się wanna typu "Jezujakawielkawanna!" :D
Kategoria 4. Dzień to za mało!, 5. Nieśpiesznie z M.:)
- DST 72.10km
- Teren 1.20km
- Czas 03:33
- VAVG 20.31km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Taka SE wyprawka - dzień 3: malowniczo do cadyka
Poniedziałek, 28 kwietnia 2014 · dodano: 03.05.2014 | Komentarze 3
Trasa: Rzeszów - LeżajskNowe gminy: Trzebownisko, Krasne, Czarna k. Łańcuta, Łańcut (miasto), Białobrzegi, Przeworsk (wieś), Tryńcza, Grodzisko Dolne, Leżajsk (wieś i miasto).
Rano było przepięknie, ale wiał niestety ENE-asz, co wróżyło jak najgorzej w kwestii zmordowindowania. Póki co jednak przejechaliśmy ze starówki na dworzec kolejowy, by po licznych deliberacjach kupić od razu bilet powrotny na 3.05. z Lublina - nauczeni przez zeszłoroczne pekapy, że dopiero mając bilet na rower kilka dni naprzód można czuć się w pełni zrelaksowanym w kwestii pewności powrotu. Potem podzwoniłem jeszcze po leżajskich okolicach i zaklepałem kwaterę na nocleg, więc trochę to wszystko czasu zajęło. Rzeszów opuściliśmy jakimiś przemysłowymi opłotkami częściowo asfaltową, ale niestety dziurowatą dedeerówą - i wkrótce zrobiło się ładnie - i pod wiatr. Wsie zadbane, tonące w kwieciu sadów kwitnących i żółci rzepaków rozległych w słońcu skąpanych złociście. We wsi Łąka obejrzeliśmy przydrożny spichlerz i kolejny z pałaców Lubomirskich (albo czyichś, nie pomnę) - zadbany, otoczony całym gospodarstwem, a obecnie Dom Opieki prowadzony przez zakonnice krzątające się tu i ówdzie i szczęśćbożące nam. Jak miło! :) W kolejnej wsi postój pod sklepem o dźwięcznej nazwie "Grunwald" i śniadanie. Zaczęło się robić coraz bardziej pagórkowato i wkrótce jechaliśmy strefą krawędziową Pogórzy - przed Łańcutem nagle pojawił się wybitny, stromy podjazd, potem jeszcze (już w mieście) ze dwa kolejne - pod wiatr paskudnie, choć w ogóle to cudnie - w końcu to Łań cud! Miasteczko dość zapyziałe, zatłoczone autami, tirami i kręto-skomplikowane komunikacyjnie, ale park i słynny zamek (znowu Lubomirskich) jak najbardziej godne polecenia. Zamek mniej, bo zakaz robienia fotografii wewnątrz. Na szczęście wstęp był darmowy, więc nie zrobiłem karczemnej awantury, tylko obeszliśmy z rowerami cały park oglądając różne budowle i ruszyliśmy dalej, a upał się zrobił paskudny, mimo wiatru. Na szczęście z Łańcudu było z górki, wkrótce też wjechaliśmy na boczne asfalty, zostawiając za sobią cały komunikacyjny kociokwik tego w sumie małego wszak miasteczka. Dalej była przyjemna monotonia doliny Wisłoka: wsie ciągnące się jedna za drugą, ze sporą ilością drewnianych, starych chałup, sady i tak przez kilkanaście kilometrów. Droga też kręciła, więc momentami dawało radę jechać bez dużego bólu, bo wiatr się robił nawet tylno-boczny. W końcu w Gniewczynie skręciliśmy zdecydowanie na północ i po krótkim odpoczynku pod tarabaniącym mostem nad Wisłokiem skierowaliśmy się ku Leżajsku. Krajobraz diametralnie się zmienił - niemal znikły gdzieś wioski, zaczęły się łagodnie wzgórza i lasy. Niestety - wiatr też się zmienił - na północny :/ Do Leżajska dowlekliśmy się więc trochę późnawo, a tu jeszcze trzeba było obejrzeć słynny ohel (czyli taki domek ze zwłokami) jeszcze słynniejszego cadyka - Elimelecha (swoją drogą ciekawe, czy od właśnie tego Elimelecha zaczyna się słynna wyliczanka dla dzieci pt. Elemele Dutki - Gospodarz Malutki etc.). W każdym razie na bramie cmentarza żydowskiego było napisane, że już nieczynne (ale było otwarte) - podobnie ohel. Po wejściu do środka z mroku wyłonił się grobowiec oświetlony świeczkami wotywnymi - wrażenie niezwykłe. Zacząłem robić fotki i w tym momencie drzwi się otworzyły i do środka weszło dwóch najprawdziwszych chasydów z gromkim "szalom" na uściech! Czar prysł po chwili, gdy pstryknęli światło i w świetle nagle rozbłysłych jarzeniówek ukazał się bałagan remontowy - prawdopodobnie przyszli pomurować trochę, albo pomalować ścianę ;) Zmyliśmy się szybko, by im nie przeszkadzać, objechaliśmy całe miasteczko (ładne, choć bez salw jakowyś) i poplątawszy na końcu drogę (co poskutkowało przypadkowym odnalezieniem stareńkiego dworko-chałupiszcza drewnianego z rzeźbami koników na parapecie), jakimś dziwnym skrótem trafiliśmy prosto w naszą zaklepaną kwaterę. Pani Babcia okazała się bardzo dociekliwa i ze 3 razy nam wieczorem jeszcze pukała i właziła np. żeby wyregulować odbiornik TV. A na górze mieszkali jacyś panowie sezonowi i w ogóle było tam zimno, jak to w starej chałupie po zimie, ale i tak malowniczo, bo z ogródkiem i innymi udogodnieniami agroturystycznymi typu stodółka z zapadniętym daszkiem z czerwonej dachówki. A koniec dnia uczciliśmy zestawem serów, warkoczem z łososia (a może to był welon, kto wie?...) i - oczywiście - piwem marki "Leżajsk" :)
Kategoria 4. Dzień to za mało!, 5. Nieśpiesznie z M.:)
- DST 97.30km
- Teren 7.70km
- Czas 04:32
- VAVG 21.46km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Taka SE wyprawka - dzień 2: transgalicyjskimi magistralami
Niedziela, 27 kwietnia 2014 · dodano: 03.05.2014 | Komentarze 2
Trasa: Tarnów - RzeszówNowe gminy: Czarna k. Dębicy, Żyraków, Dębica (miasto i wieś), Ostrów, Sędziszów Małopolski, Świlcza, Głogów Małopolski.
Od rana w Tarnowie pogoda była w sam raz - ani za ciepło, ani za chłodno, ani słońca - ani deszczu: nic, tylko w drogę! No to w drogę. Nieustająco koszmarnymi dróżkami rowerowymi miasta Tarnów na północ w opłotki, potem pod górkę do obwodnicy i za ostatnim rondkiem zrobiło się ładnie i las - a w lesie moc rowerzystów: okazało się, że właśnie są zawody MTB o puchar Tarnowa! Biorąc pod uwagę stan "infrastruktury" "rowerowej", powinny być rozgrywane w granicach miasta ;)
Tarnów się skończył, zaczęły się piękne, wąskie asfaltówki, a za trochę wsie. Wsie zabite na głucho, bo niedziela i kanonizacja, więc ogólne święto - chyba dopiero w trzeciej z rzędu (zrzędu, zrzędu) udało się kupić coś do picia i zjeść śniadanie - i to tylko dlatego, że sklepik schowany był wstydliwie w bocznej uliczce i tylko pewnie dlatego otwarty ;)
Potem skończyło się małopolskie, zaczęło podkarpackie - i lasy. Wskoczyliśmy na mniej, lub bardziej (przeważnie jednak bardziej) błotnistą drogę leśną biegnącą przez parę kilometrów wzdłuż linii kolejowej Tarnów-Rzeszów - z czasem znów zaczęły się wsie i asfalty - puste, boczne i przeważnie bardzo dobrej jakości - co zresztą sprawdziło się znakomicie w następnym dniu w naszej podróży przez region: wiwat decydenci drogowi Podkarpacia!
Robiąc niespiesznie zdjęcia kolejnych witaczy kolejnych nowych gmin dojechaliśmy do mostu na Wisłoce i Dębicy. Po drodze spotkanie z trójką sympatycznych rowerzystów, których złapałem w kadrze, gdy przejeżdżali opodal witacza gminy Żyraków.
Przez Dębicę przejechaliśmy kompletnie opłotkami i skierowaliśmy się na Pustynię, a słoneczko w międzyczasie już całkiem przegoniło chmury, a może to wiatr typu pustynnego? W każdym razie w Pustyni jest stacja paliw z wielbłądem ;)
Za Pustynią, przy rondku kierującym na autostradę musiałem Meridzie amputować nóżkę, która już dzień wcześniej zachowywała się dość dziwnie - po bliższych oględzinach okazało się, że zerwały się gwinty w dwóch z trzech śrubek trzymających nogę przy ramie. Odtąd Merida musiała znajdować oparcie we wszelkich pionowych konstrukcjach przydrożnych typu słupek etc. - na szczęście okazało się to w ogóle jedyną awarią na całej trasie.
Za Pustynią postanowiliśmy jechać technicznymi wzdłuż autostrady - na szczęście przezornie w guglomapie przed wyjazdem sprawdziłem, gdzie są, a gdzie nie ma. Wszystko fajnie w teorii - ale na początku okazało się, że jest szutrowa, chwilę później zrobiła się potwornie błotnista, a na koniec na może 10 metrach przed początkiem asfaltu urwała się w grzęzawisku radośnie obsianym bujną zieloną wiosenną trawką i powtykanymi patykami typu "kiedyś będzie to tysiącletni dąb, a może i starszy, kto wie". Masakra.
W końcu wytoczyliśmy się na prawdziwie techniczne asfalty - i z małymi wyjątkami (na przyautostradowe wsie) przez następnych kilkanaście kilometrów jechało się gładko jak po magistrali międzykontynentalnej. Niestety, wiatr był zdecydowanym przeciwnikiem odtąd aż praktycznie do końca wyprawy - złośliwiec ustawiał się tak, że jak jechaliśmy przez następne kilka dni na E i N, to wiał (i to czasem potężnie) właśnie z tych kierunków, męcząc i zniechęcając, a co najgorsze - opóźniając. Póki co jedna trochę lasami, a trochę wsiami dojechaliśmy bez żadnych przygód w opłotki Rzeszowa, żegnając się w końcu z autostradą. Na koniec postraszyła nas chmura burzowa, ale poszła sobie na Tarnów zlać mam nadzieję budowniczych ścieżek ;p
Do Rzeszowa wjechaliśmy kompletnie opłotkiem - dokładnie na granicy miasta powitał nas pogrzeb całą szerokością, potem była (tu dla odmiany miłe zaskoczenie) prawdziwa asfaltowa rowerówka - jednak tuż przed centrum wjechaliśmy w straszne rozkopy i remonty - ale za to udało się odnaleźć Lidla, gdzie zrobiliśmy porządne zakupy, które następnie pożarliśmy na skwerku za szpitalem koło nieco zaniedbanego pałacyku. A potem już w samo centrum, gdzie M. się zgubiła na rondzie (bo jechała chodnikiem, a ja po ludzku;), ale się odnalazła. Objechaliśmy zamek Lubomirskich i urokliwymi uliczkami wepchnęliśmy się do centrum na rynek, gdzie własnie coś łomotało, całkiem jak w Tarnowie (tylko ładniej). Przy rynku mieliśmy zaklepaną kwaterę, czyli schronisko w kamienicy. Powitał nas senny recepcjonista - nic dziwnego, że senny, bo w tym momencie zaczęło lać i grzmieć - dotarliśmy więc w samą porę!
Deszcz przegonił łomotanie - i bardzo słusznie, bo mieliśmy okno na rynek i nie mielibyśmy wytchnienia - a tak, po ustaniu ulewy ruszyliśmy pieszkom na niespieszny obchód starówki. Rzeszów okazał się być najjaśniejszym klejnotem Polski SE - pięknie odnowiony i z wszelkim pomysłem, by czuć się w nim nie jak w Polsce ;p
Łaziliśmy i łaziliśmy, aż się całkiem w końcu ciemno zrobiło, ale ulice jasno oświetlone, pełno ludzi i ogólna kultura - to miasto naprawdę żyje!
Obejrzawszy dosłownie każdą staromiejską uliczkę i każdy kąt - na koniec poraczyliśmy się 1,5 l piwa i dwoma tradycyjnymi kebabami przy rynku - i tak zakończył się ten bardzo udany pod każdym względem dzień w Galicji.
Kategoria 4. Dzień to za mało!, 5. Nieśpiesznie z M.:)
- DST 24.30km
- Teren 0.10km
- Czas 01:14
- VAVG 19.70km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Taka SE wyprawka - dzień 1: rozruch w pionie
Sobota, 26 kwietnia 2014 · dodano: 03.05.2014 | Komentarze 5
Trasa: Uć -> PKP -> Tarnów - okolice Tarnowa - TarnówNowe gminy: Skrzyszów
Od rana padało, więc spakowani w pękate sakwy ruszyliśmy z M. na wyprawkę z rowerami MPK na Dworzec Kaliszczański. W ciapągu tłok, ale jako-tako udało się dojechać do Krakowa. W międzyczasie się niby wypadało. W Grodzie Kraka przesiadka na pekap do Tarnowa - miała być po pół godzinie, ale pojezd z Wrocławia spóźnił się kolejne 3 kwadranse. Za to w środku silna trójka ze Śląska Górnego z rowerami - jechali gdzieś w Niski Beskid; dołączył również kolarz z Koła :) - czas do Tarnowa mijał więc miło. W międzyczasie znów się rozpadało, a ciapąg rozkraczał się parę razy, więc przyjechał do Tarnowa z godzinę po czasie. Pomachawszy kolarzom ruszyliśmy niespiesznie przez miasto, korzystając z chwilowego braku deszczu. Naszym celem były ruiny zamku Tarnowskich położone malowniczo na wzgórzu na południe od miasta. Wyjechawszy z centrum, natknęliśmy się na kamień upamiętniający przecięcie południka 20 E z równoleżnikiem 50 N. A potem stromo pod górkę (ostatnie kilkanaście metrów trzeba było przeprowadzić pojazdy) i już za chwilę byliśmy otoczeni ruinami. B. ładny widok na Tarnów we mgiełce.
Stąd znów pod górkę ruszyliśmy zdobyć kolejny szczyt - tym razem Górę św. Marcina z urokliwym drewnianym kościółkiem. A potem zaczęły się bajeczne zjazdy z Pogórza na niziny - szkoda, że pod wiatr, ale i tak owce przydrożne można było tylko w tym pędzie zarejestrować w pamięci :) Dojechawszy w doliny, obejrzeliśmy jeszcze kościółek w Skrzyszowie i po chwili znów byliśmy w Tarnowie. Tu Park z pałacem Sanguszków, potem jakoś bokami na Stare Miasto - po drodze czterech uroczych kotów w zaułku nad rzeczką. Na rynku oczywiście ogromnie i pyszne kebaby "Efes" (oraz łomoczący przeraźliwie jakiś koncert), wię po konsumpcji szybko zmyliśmy się na naszą kwaterę o wdzięcznej nazwie "Dom Studenta Karabela".
Kategoria 4. Dzień to za mało!, 5. Nieśpiesznie z M.:)
- DST 32.00km
- Teren 0.20km
- Czas 01:23
- VAVG 23.13km/h
- Temperatura 21.0°C
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Uć przedwyjazdowa
Piątek, 25 kwietnia 2014 · dodano: 25.04.2014 | Komentarze 0
Rano jak zazwyczaj - od M. do p. na P. via pętelka - silny wiatr ENE-asz - aż furcało.Z p. na P. do d. też zwyczajnie - pozabierać trochę gratów przedwyjazdowo. Następnie musiałem przeczekać osiem minut, aż przejechała masa k., bo władowałbym się w rowerowy korek. Jak już przejechali - to najkrótszą do M. - tym razem samochodowy korek-gigant (na przecięciu masowej trasy): jak nie urok, to przemarsz wojsk - i to właśnie wtedy, kiedy człowiek się najbardziej spieszy ze wszystkim:/ Powrót pod wiatr (na szczęście nieco zelżały), ale mimo to jeszcze sobie na koniec zapętelkowałem.
Sakwy przedwyjazdowo wypchane.
Kategoria 1. Only Uć
- DST 27.40km
- Teren 0.40km
- Czas 01:08
- VAVG 24.18km/h
- Temperatura 23.0°C
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Uć tak samo
Czwartek, 24 kwietnia 2014 · dodano: 24.04.2014 | Komentarze 0
Trasa identyczna jak dzień wcześniej - sakwy lekkie, wiatr rano umiarkowany z NE, więc trochę pomógł - po południu silny, też z NE, więc bardziej poprzeszkadzał. Kategoria 1. Only Uć
- DST 27.40km
- Teren 0.40km
- Czas 01:05
- VAVG 25.29km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Uć z flautą
Środa, 23 kwietnia 2014 · dodano: 23.04.2014 | Komentarze 2
Najzwyklej, jak niemal co dzień: M. - p. na P. - M.Oczywiście z pętelkami w obie strony.
Sakwy lekkie, wiatru praktycznie brak, więc nie przeszkadzał - ale też i nie pomógł - a miał szansę się wykazać w trzecim już w tym roku ustanowieniu średniej prędkości wycieczki ;)
No, ale go nie było.
Kategoria 1. Only Uć
- DST 35.50km
- Teren 1.10km
- Czas 01:29
- VAVG 23.93km/h
- Temperatura 24.0°C
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Uć nieco inaczej
Wtorek, 22 kwietnia 2014 · dodano: 22.04.2014 | Komentarze 0
Rano od M. do d. najpierw pętelkowo, a potem nieco dalszą trasą starą dedeerówą i nową tępniówą. Wiatr sprzyjający.Z d. do p. na P. via dwa rozkopy.
A z p. na P. w poszukiwaniu (nadal bezowocnym) mapnika do sklepu srewarT, a potem prosto jak w morwę strzelił Pomorzańską do Edzia, Lavinkową i, przeprawiwszy się przez zasypane świeżym tłuczniem dawne przejście przez tory na tyłach Widzewnicy - ulicą Służbistą i dalej jak zwykle z pętelką dedeerówą. A na tejże wyjątkowe stada wszystkiego - jak to w ciepły dzień.
Cały powrót pod niezbyt silny wiatr.
Sakwy zdecydowanie lżejsze, b. ciepło.
Kategoria 1. Only Uć
- DST 38.00km
- Czas 01:34
- VAVG 24.26km/h
- Temperatura 12.0°C
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Wielkanocna Miniwyprawka do Sokolnickiego Lasu - dzień 2
Niedziela, 20 kwietnia 2014 · dodano: 20.04.2014 | Komentarze 0
Po świątecznym obżarstwie niezwykłym u Rodziców M. - czas było wracać na Uć. Niestety, bardzo się rozpadało, więc mogłem wystartować dopiero późnym popołudniem. Z sakwami chyba jeszcze cięższymi;) poleciałem tym razem na początek najprostszą - czyli do krajowej jedynki i tąże na Zgiegrz. Z początku strasznie to szło poświąteczno-ociężale, zwłaszcza, że cały czas jest łagodnie pod górkę, a wiatr wprawdzie niemal przycichł, ale zmienił kierunek na ESE, czyli prosto w pysk. Telepałem się więc niespiesznie, mijały mnie auta od czasu do czasu - jak na krajową jedynkę ruch dzis mikry. Po dojechaniu w granice miasta Uć wskoczyłem na lepsze lub gorsze dedeerówy robiąc małe kółko, ale za to oszczędzając sobie podeszczowo pozalewanych dziur i chlapiących aut. W końcu jednak przetoczyłem się przez centrum i po króciutkim postoju na picie, stałą już trasą do M. kończąc rowerowy dzień rzecz jasna pętelką. I akurat zrobiło się ciemno.- DST 41.10km
- Teren 2.30km
- Czas 01:39
- VAVG 24.91km/h
- Temperatura 23.0°C
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Wielkanocna Miniwyprawka do Sokolnickiego Lasu - dzień 1
Sobota, 19 kwietnia 2014 · dodano: 20.04.2014 | Komentarze 2
Najpierw służbowo jak zazwyczaj z pętelką - od M. do p. na P.Już z rana wiatr silny, z ENE, więc dość korzystny, choć początek wyjazdu podeń - tu testowanie kładzenia się w lemondce :)
A z p. na P. do Sokolnickiego Lasu głównymi arteriami miejskimi, korzystając ze świątecznych pustek - huraganowy boczny wiatr, momentami szamoczący rowerem, chwilami dający w pysk, po czym znienacka popychający - istne szaleństwo! Do granic miasta kluczenie osłoniętymi połaciami jak się dało - najpierw w gęstej zabudowie, potem po zawietrznej Łągwiennickiego Lasu - ale kawałki pod wiatr (krótkie, kilkusetmetrowe) skutkowały średnią 12-15 km/h ;p
Po wyjechaniu z miasta najpierw z górki na pazurki przez Smardzewów, więc siup szybciachem, a potem skręcenie na zachód na Dąbrówki - i zaczęła się wietrzna bajka: asfalty 40-45 km/h, kawałek dość dobrym terenem nieco z górki - 27 km/h etc. itd. Na koniec znów trochę na północ, więc ponownie dało z liścia prawego, ale to już nie miało większego znaczenia - średnia wyszła znacząca, zwłaszcza, że cały dzień z ciężkimi, świątecznymi sakwami.



