Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Pan huann z miasteczka Uć w województwie uckim. Ma już przejechane na bs-ie 92838.71 kilometrów - w tym 3577.57 w sposób gruntowny! Przemieszcza się MERIDĄ Kalahari 500 (rocznik 2001) z prędkością zaskakująco średnią, bo wynoszącą 23.01 km/h - i się wcale tym nie chwali, jeno uprzejmie informuje.
Więcej o nim tu, a niżej BATONY NA BOCZKU ;)
2026 button stats bikestats.pl 2025 button stats bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl Zaliczone rowerowo gminy:

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy huann.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

4. Dzień to za mało!

Dystans całkowity:19009.37 km (w terenie 1076.85 km; 5.66%)
Czas w ruchu:822:47
Średnia prędkość:23.10 km/h
Maksymalna prędkość:59.62 km/h
Suma podjazdów:54168 m
Maks. tętno maksymalne:181 (101 %)
Maks. tętno średnie:153 (84 %)
Suma kalorii:349182 kcal
Liczba aktywności:401
Średnio na aktywność:47.40 km i 2h 03m
Więcej statystyk
  • DST 25.40km
  • Czas 01:03
  • VAVG 24.19km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z Setki, czyli pięćdziesiątki

Sobota, 13 września 2014 · dodano: 13.09.2014 | Komentarze 5

Po nocnym przejściu po okolicach Pawianic 50 km (na orientację) - czas: 9h 45 min. - wczesnoporanny powrót do M. via Rude Opłotki.
Zmęczenie katastrofalne - i jeszcze pod (lekki co prawda) wiatr i z nadal wypchanymi sakwami. W dodatku przez chwilę padało w Pawianicach, choć w Opłotkach już wyjrzało słońce.
Mimo wszystko nie najgorszy czas jazdy :)


  • DST 30.70km
  • Teren 0.30km
  • Czas 01:16
  • VAVG 24.24km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na Setkę, czyli pięćdziesiątkę

Piątek, 12 września 2014 · dodano: 13.09.2014 | Komentarze 0

Rano zakorkowanymi ulicami od M. do p. na K.
Stąd na coroczną Setkę po Ucku do Pawianic.
Wiatr rano umiarkowany z tyłu - po południu nieco silniejszy z boku, bo z E.
Sakwy setnie wypchane.


  • DST 45.40km
  • Teren 0.50km
  • Czas 01:52
  • VAVG 24.32km/h
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dwudniówka pt. Sokolnicki Las - dz. 2: Z.

Sobota, 6 września 2014 · dodano: 06.09.2014 | Komentarze 12

Od rana do popołudnia zbieranie w lesie podgrzybków, kurek i zajączków (ale nie gołąbków) - potem obiad z konsumpcją tychże (podsmażonych na masełku klarowanym z cebulką, solą i pieprzem - mnijamniju!) -  i w drogę na abarot - nieco innym wariantem, by nie było tak samo (choć równie trzęsąco na innych starych asfaltach i dedeerówach). Po drodze na chwilę do d. podlać k.(wiatki, a niech tam) i zabrać nowe kijki dla nordyka - a potem stałą trasą z pętelką - na dedeerówie wciąż trwa plaga wszystkiego nieprzepisowego ze szczególnym uwzględnieniem rolkarzy (tfu).
Jazda po wyżerce, pod wiatr tym razem, z przytytymi sakwami i jednak ogólnie pod górkę, więc czas wyszedł trochę gorszy niż w poprzednią stronę.


  • DST 43.90km
  • Teren 0.40km
  • Czas 01:42
  • VAVG 25.82km/h
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dwudniówka pt. Sokolnicki Las - dz. 1: Do.

Piątek, 5 września 2014 · dodano: 06.09.2014 | Komentarze 2

Najpierw od M. via pętelka na trochę do p. na P. (mimo wolnego dnia) na Epokowy Festiwal Hipokryzji i Jadu, czyli tzw. Stypę Dzięki Dyrektorstwu - były dobre ciasta, ciasteczka i atmosfera jak w tytule. Szybka konsumpcja, konieczne ple-ple - i w drogę - do Sokolnickiego Lasu!
Najpierw mnie chciał rozjechać taki jeden z bocznej uliczki, potem mnie niemiłosiernie wytrzęsło na starej dedeerówie, a na koniec zrobiło się ciemno, więc kościół w Białej o zmroku był jeszcze bardziej czarny, niż w dzień.
I już byłem za troszkę u R. M. w Lesie.
Wiatr umiarkowany z SE, więc przeważnie pomagał.
Sakwy lekkie - stuknęło niepostrzeżenie 7 tysi w 2014 roku :)


  • DST 18.00km
  • Czas 00:49
  • VAVG 22.04km/h
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

SzweDaNie.pl - dz. 17: epilog, czyli pekap-Uć

Niedziela, 31 sierpnia 2014 · dodano: 31.08.2014 | Komentarze 9

Trasa:
PKP - Uć Żabowiec - d. - M.

Postanowiliśmy wysiąść na Żabowcu - stąd już blisko do d. (by podlać k.) - nad szarymi kamienicami wstawało zamglone słońce - urokliwie, jak na szczyty dziadostwa ;) Na Rynku B. na tablicy z mapą - m.in. moim dziele - siedziały sobie napuszone gołąbki - miło jest wiedzieć, że czemuś (jeśli nawet nie komuś) toto służy :)
Z d. stałą trasą (na koniec bez pętelki, bo już mieliśmy lenia) wróciliśmy zaś do M. - kończąc w ten oto sposób SzweDaNie.pl.

PODSUMOWANIE:
Przejechane kilometry - 684,8 (w tym w terenie: 72,4 - czyli 10,6 % całości - sporo!)
Liczba dni na rowerze: 17 (czyli każdy!)
Liczba dni jazdy z pełnym obciążeniem: 10
Czas: 33 h 52 min.
Średnia ilość przejechanych kilometrów w ciągu dnia: 40,28
Średni czas wycieczki: 1 h 59 min.
Średnia prędkość: 20,22 km/h
Nowych gmin (pl) - 13
Krajów - 4 (jak w tytule;) - w tym 1 nowy (Szwecja)
Awarie sprzętu i zdrowia: brak :D
Było: naprawdę fajosko!! :)


  • DST 53.80km
  • Teren 3.00km
  • Czas 02:36
  • VAVG 20.69km/h
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

SzweDaNie.pl - dz. 16: Pomorze pekap

Sobota, 30 sierpnia 2014 · dodano: 31.08.2014 | Komentarze 0

Trasa:
Mierzeja Jeziora Kopań - Wicie - Jarosławiec - Jeziorzany - Naćmierz - Korlino - Królewo - Marszewo - Postomino - Możdżanowo - Krzemienica - Swołowo - Bruskowo Małe - Wierzbięcin - Bruskowo Wielkie - Słupsk - PKP

Po nocnym opadzie chwilę trwało suszenie namiotu - zwłaszcza, że las, więc mało słońca. Na szczęście szybko się całkiem wypogodziło - w drogę - do Wicia! Płytówa szybko się skończyła - i znów była swojska, nieco nierówna droga przez las.
W Wiciu śniadanie na słonku i ławce - obok panowie murowali przejście na plażę. Cywilizacja!
Za Wiciem jakieś pozostałości drogi ułożonej z grubych drewnianych bali - może dla czołgów - na szczęście obok wyjeżdżona normalna alternatywa piaszczysto-błotnista ;) A za trochę kolejny szosowy pas lotniskowy - na jego końcu skręciliśmy już po raz ostatni nad morze, by dosuszyć namiot i zażyć jodu. Po tychże czynnościach bardzo niespiesznie pomachaliśmy Bałtyku - i siup do wsi, do Jarosławca. Tu M. poszła zwiedzić latarnię (ja byłem na niej wcześniej parę razy). Z Jarosławca obraliśmy już kierunek w głąb lądu - na Słupsk. Przeważnie z bardzo pomocnym (zwłaszcza na dość sporych pagórkach) wiatrem dobiliśmy do granicy województwa pomorskiego za Postominem - i skręciliśmy na niewielką, urokliwą wieś Możdżanowo, gdzie m.in. jest nieduży, ciekawy kościółek, w którym miejscowy chórek piłował "Barkę" :)
Z Możdżanowa podjechaliśmy do Swołowa - słynnej "wsi w kratę" - stolicy podsłupskiej krainy chat szachulcowych. Przy drogowskazie para uśmiechniętych gospodarzy zrobionych ze zbelowanej słomy (i odpowiednio ucharakteryzowanych) wita turystów :) Wieś cała zamurowana w mur pruski, zachowane straszliwe bruki - urokliwie, ale nie do jazdy rowerami! Obeszliśmy jednak dzielnie z naszymi rumakami sioło - tu nie Dania, by je zostawić samopas spięte w 3 d - jak nawet ich nie ukradną, to sakwy pewnie i tak okradną!
We wsi jest gospoda "Wesoły Pomorzanin" - akurat szykowali się do jakiejś imprezy, więc w menu była głownie kaczka i karkówka - oba przepyszne ;) W konsumpcji (w ogródku przy ławach) dziarsko towarzyszył nam pies rasy bigiel. Nie był zainteresowany jednak żarciem (gupek!), a kotem, który uwiesił się na jabłonce tuż obok. Pies jak wściekły skakał po ławach, stole(!) i szczekał, szczekał, szczekał... cholery można było dostać, nazywał się Forest i był psem wesołopomorzanińskim.
Po konsumpcji (naszej, nie kota) zerknęliśmy jeszcze na ogrodową, ale ciekawą wystawę reprodukcji starych zdjęć miejscowych dzieci z czasów przed i powojennych - i potoczyliśmy się po brukach naokoło, kończąc po kilkunastu minutach w ten sposób wizytę w Swołowie. Trzeba przyznać, że praktycznie każdy zabytkowy dom (czyli praktycznie każdy) jest szczegółowo tu opisany, a 3/4 z nich należało do rodziny Albrechtów. Pozostałe bodaj do Szulców. Weseli ci Pomorzanie byli, jak się ze sobą tak żenili!
Za Swołowem wróciliśmy na główną trasę, zaczęło się robić ciemno - jeszcze kilka wsi - i wjechaliśmy do Słupska. Od Bruskowa Wielkiego cały czas biegnie dobra asfaltowa rowerówka - niestety, po wjeździe na osiedla zmienia się w kostropatą kostkówkę. Potem jeszcze jakieś rozkopy na rondzie, wiadukt kolejowy - i straszliwą, bez połowy kostek (chyba ukradli) kostkówką dotoczyliśmy się godzinę przez odjazdem pociągu na dworzec. M. skoczyła jeszcze trochę pozwiedzać - ja znam Słupsk lepiej niż Uć, więc sobie darowałem i przypilnowałem rowerów.
Do pekapu udało się wsiąść bezproblemowo (wagon z miejscami dla rowerów - nasz przedział obok "przez szybkę"). Oprócz nas jechała jeszcze jakaś sympatyczna młoda pani z synkiem sześcioletnim - też jechali z rowerami ze zwiedzania wybrzeża w okolicach Łazów, więc na opowieściach wyprawowych zleciało grubo do popółnocy. Wsiadł jeszcze ktoś, więc zrobiło się ciasno i niewygodnie - pospałem może ze 2 godziny - a świtem bladym, pogodnym i nieco mglistym - po ponad dwóch tygodniach - powitała nas szara Uć...


  • DST 49.50km
  • Teren 0.30km
  • Czas 02:18
  • VAVG 21.52km/h
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

SzweDaNie.pl - dz. 15: zachodniopomorskie ostatki

Piątek, 29 sierpnia 2014 · dodano: 31.08.2014 | Komentarze 2

Trasa:
Łazy - Osieki - Kleszcze - Sucha Koszalińska - Iwięcino - Bielkowo - Gleźnowo - Bukowo Morskie - Dąbki - Bobolin - Żukowo Morskie - Darłowo - Darłówko - mierzeja Jeziora Kopań

Wstaliśmy, zwinęliśmy - i na abarot płytówą do Łazów. Przy płytówie rosną niezwykłe, trzymetrowej wysokości rośliny z ogromnymi liśćmi - ale na pewno nie barszczyk na całe szczęście. W Łazach śniadanie - i kierunek: południe! Trzeba było znów nadrobić drogi, bo między Łazami, a Dąbkowicami na mierzei Jeziora Bukowo nie ma żadnej drogi - tylko plaża. Ruszyliśmy więc w gminę Sianów - ten od zapałek - i właśnie ta gmina okazała się być pięćsetną (i, póki co - ostatnią) w historii zaliczania gmin przez Merysię. W każdym razie plan na ten rok, jeśli chodzi o nowe gminy - wykonany!
Trasa biegła pagórkowato przez podkoszalińskie wsie (na horyzoncie majaczyły blokowiska) - a co wieś - to zabytkowy, gotycki kościółek. Wszystkie prawie takie same. Tylko w Bukowie Morskim dodatkowa atrakcja - ogromna lipa.
Okrążyliśmy Jezioro Bukowo i z Dąbek skierowaliśmy się ku Darłowu. Skręciliśmy jednak w Bobolinie (przy gosdpodzie "Obora") w lewo na plażę - w tym miejscu na samej plaży (przy ujściu rzeczki) piętrzą się potężne pozostałości po wysadzonych w powietrze poniemieckich bunkrach - i tu zalegliśmy znów na tradycyjną popołudniową sjestę w słońcu. I znów - marsz, trochę truchtu, pływanie (fale małe) - a po wszystkim kąpiel odsalająca w rzeczce (włącznie z myciem łba w dość jednak lodowatej wodzie).
Wracając z plaży wstąpiliśmy do "Obory" - fantastyczne miejsce - restauracja we wnętrzu prawdziwej dawnej ogromnej obory - jedzonko też wyśmienite ;) (ja tradycyjnie się narybałem).
Z Bobolina zrobiło się pod wiatr (zmienił się skurczybyk po, bagatela 2 tygodniach z zachodniego na wschodni), a że szosa kiepska i pagórek, więc ciężko. Dojeżdżając do Darłowa połączyłem swą trasę z 2008 r. (Świnioujście) ze starymi trasami w okolicach Słupska - i w ten sposób osiągnąłem rowerową ciągłość wzdłuż wybrzeża pomiędzy niemiecką granicą, a Władysławowem i Gdańskiem (bez Helu), Przez Darłowo przetoczyliśmy rowery oglądając miasteczko - po Trzebiatowie najładniejsze (a mi od lat dobrze znane) w zachodniopomorskiej części wybrzeża. Zamku nie zwiedziliśmy (właśnie już zamykali), za to na rynku kawa mrożona i lody - a obok Biedronka, więc zabawiliśmy głodzinkę. Stąd udaliśmy się do pobliskiego największego kościoła - a tam mauzoleum władców pomorskich - m.in. słynnego króla-korsarza (i zresztą jedynego króla pomorskiego w historii) Eryka - gorąco polecam jego historię - idealny scenariusz na film pt. "Piraci z Bałtyku"!
Pożegnawszy króla i jego rodzinkę, obejrzeliśmy jeszcze przykościelne lapidarium z ciekawymi krzyżami i kamieniami nagrobnymi uratowanymi z poddarłowskich wiejskich cmentarzyków - i w drogę do Darłówka. Tu zwiedzanie latarni morskiej (wreszcie - w Darłówku byłem dziesiątki razy, a jakoś nigdy tam na górę nie zajrzałem) - z portu wypływał oświetlony powoli zachodzącym słońcem statek wycieczkowy typu pirackiego - przy odrobinie wyobraźni można było sobie wyimaginować dostojną postać króla Eryka na kapitańskim mostku! ;)
Z Darłówka pojechaliśmy dobrą, świeżo ułożoną płytówą przez mierzeję Jeziora Kopań - nawet specjalnie nie trzęsło, a widoki na morze o zachodzie (trochę między chmury) słońca - bajkowe. Za przepustem wód jeziornych (odpływ zatamowany przez piachy) jeszcze kawałeczek do przodu - i wkrótce, przedzierając się przez wysyp maślaczków w suchym nadmorskim borze znaleźliśmy w powykręcanych sosenkach dobry biwak - tuż koło miejsca, gdzie jeszcze niedawno stała ruina willi, w której zapewne kiedyś urzędowała straż ochrony wybrzeża. Willa zniknęła - szkoda...
Wieczór był tak ciepły, że spaliśmy przy otwartym na niebo namiocie - ale, że wkrótce zaczęło padać - trzeba było się zamknąć, by nie zamoknąć.


  • DST 59.80km
  • Teren 14.70km
  • Czas 02:55
  • VAVG 20.50km/h
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

SzweDaNie.pl - dz. 14: Koło-brzegu

Czwartek, 28 sierpnia 2014 · dodano: 31.08.2014 | Komentarze 0

Trasa:
Grzybowo - Kołobrzeg - Podczele I - lotnisko Bagicz - Sianożęty - Ustronie Morskie - Wieniotowo - Pleśna - Gąski - Sarbinowo - Chłopy - Mielno - Unieście - Łazy

Kolejny pogodny poranek - myk z lasu i za chwile dwie był już Kołobrzeg. Podjechaliśmy na stację kolejową kupić bilety powrotne na za dwa dni - wiadomo, jak to jest z pekapami - kto pierwszy, ten lepszy! :/ Bilety ostatecznie ze Słupska (choć w planach był Białogard) - na szczęście naprawili w międzyczasie tory pod Tczewem, więc można było jechać najkrótszą trasą przez Gdańsk bez przesiadek oraz korzystania (lub nie!) z wątpliwej przyjemności pt. "zastępcza komunikacja autobusowa, która weźmie rowery, albo nie weźmie".
Z Kołobrzegu (nowa gmina miejska, nowa gmina wiejska) pojechaliśmy dalej bez zwiedzania - nadmorska dedeerówa, chyba najładniejsza, jeśli chodzi o widoki - ale cóż z tego, skoro cała z fazowanej kostki - i to na przestrzeni ładnych kilku kilometrów! Zamiast na widoki, patrzyliśmy więc głównie na trzęsące się wszystko w rowerze. W końcu odbiliśmy na Podczele - osiedle przy dawnym lotnisku w Bagiczu. Tam postój pod sklepem na wreszcieśniadanko - pod sklepem na swego pana czekała także sympatyczna starsza pani - bokserka Tosia. Od jej pana (równie starszy i sympatyczny) poznaliśmy historię pieska i w ogóle sympatycznie pogadaliśmy m.in. o Danii (pan ma tam rodzinę) i duńskich zwyczajach w Polsce nieznanych, a sprowadzających się do słowa "normalność".
Z Podczela przez jakieś resztki popoligonowo-lotniskowe - jakieś betonówki, skróty, rozkopy - po drodze m.in. tablica "Bałtyckie Centrum Turystyczne - obcym wstęp wzbroniony!" :D
Kolejne miejscowości, jak to polskie nadbałtyckie kiczowiska w sezonie - specjalnie się między sobą nie różniły - Sianożęty i Ustronie Morskie wyglądają niestety tak samo, jak Pobierowo, Rewal, czy Pogorzelica...
Przy ujściu Czerwonej Rzeki postój na skraju plaży - ale bez słońca i wiało, więc długo nie poplażowaliśmy. Za kawałek szosa się skończyła, a zaczęła wyboista droga leśna, która nas doprowadziła do małej wioski o nazwie Pleśna - tu zadbany dwór, będący obecnie m.in. ... kaplicą oraz postój na kawkę w miejscowym barze z oszałamiającym graffiti, a przedstawiającym Pleśną jako coś w rodzaju Hawajów.
Za Pleśną jeszcze trochę gruntów - i już były Gąski - i latarnia - także w remoncie. Sezon wakacyjny = sezon remontowy! Była zamknięta, a jak się nagle otworzyła, to już nie mieliśmy czasu zwiedzać. Zresztą - podobnie, jak w przypadku Niechorza, była już wcześniej okazja bywać na górze.
Pod latarnią na straganie zakupiliśmy suwenira - podusię w... nie, nie gąski. Foki.
Za Gąskami znów zaczęły się grunty i doprowadziły nas do kolejnych wczasowisk-kiczowisk - Sarbinowa i (nieco mniej zeszpeconych przez kicze i ze starą zabudową) Chłopów. Tuż za nimi, w lesie, stoi kamień pokazujący przebieg 16 południka - obok tablice z ciekawymi informacjami o historii wsi. Prawie jak na Bornholmie ;)
Kawałeczek dalej, w związku z wyjściem słonka skręciliśmy na parugodzinny popas na plażę - jak zwykle przy takich okazjach na zmianę bieganie, marsz, kąpiel (wreszcie można było popływać - fale mikre) i byczenie na alumatach :)
W końcu zaczęło się robić późno, zebraliśmy się więc i nadal ładną gruntową, choć krzywą drogą przez las dociągnęliśmy do Mielna. Zerknąwszy na to, na co w ogóle warto tu jedynie zerknąć (miejsce po grodzisku, kościół gotycki, stary dwór) minęliśmy kurort (wraz z Unieściem) tak szybko, jak się dało - i wkrótce znaleźliśmy się na pustaciach (chyba popoligonalnych?) mierzei dzielącej Bałtyk od Jeziora Jamno. Lepsza lub gorsza dedeerówa doprowadziła nas do Łaz(uf!) - tu postój pod sklepem i następnie na koniec wsi do lasu celem znalezienia miłego, równego miejsca pod namiot. Niestety, las był strasznie zachaszczono-liściasty, a przy drodze wisiała tablica "Monitoring" - w końcu jednak znalazłem całkiem dobrą miejscówkę pod wiekowymi świerkami (albo jodłami, nie pomnę) - po lekkim zamaskowaniu stertą gałęzi od strony płytówki, którą przyjechaliśmy i ukryciu rowerów (a zwłaszcza ich odblasków!) w najgorszym chynchu - zrobiło się wyśmienicie :)
Nowe gminy: oba Kołobrzegi, Będzino, Mielno.


  • DST 64.20km
  • Teren 1.40km
  • Czas 02:54
  • VAVG 22.14km/h
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

SzweDaNie.pl - dz. 13: morze-ląd-morze. I słoń w dodatku.

Środa, 27 sierpnia 2014 · dodano: 31.08.2014 | Komentarze 0

Trasa:
Łukęcin - Pobierowo - Pustkowo - Trzęsacz - Rewal - Pogorzelica - Konarzewo - Rogozina - Zapolice - Trzebiatów - Trzebusz - Mrzeżyno - Rogowo - Dźwirzyno - Grzybowo

Poranek wstał słoneczny. Spakowaliśmy manele i ruszyliśmy ku Pobierowu. Po drodze szosowy odcinek lotniskowy - mknęło się jak boeing na rozbiegu - a na koniec, na granicy kolejnej nowej gminy (Rewal) - skręciłem w bok - w polną drogę przy stercie złomu - i w ten sposób ustrzeliłem za jednym zamachem drugą - Świerzno, bo właśnie tu był trójstyk graniczny.
Po powrocie na szosę skręciliśmy na Pobierowo, trochę pogmatwali (bo sporo było jednokierunkowych) - wreszcie nieco gruntowo dobiliśmy do Pustkowa - i dalej - na Trzęsacz. Trzęsąca kostka i równie trzęsący asfalt sprawił, że w końcu przegapiliśmy skręt na słynną ruinę kościoła - nic straconego jednak - byliśmy tam dwa lata temu podczas kijowej wędrówki na trasie Hel-Świnioujście, więc tym razem mogliśmy go sobie dar(ł)ować.
Przebiliśmy się jakoś przez Rewal nadmorskim deptakiem, choć było tłoczno i jakieś znowu zakazy - szlak rowerowy prowadzi ulicą z zakazem ruchu - cała pl. :/ Podczas postoju pod pomnikiem Małego Księcia na skutek podmuchu wiatru rymneła mi Meridzia, a próbując ją łapać w locie - sam pofrunąłem. Skończyło się na szczęście omal bezboleśnie, ale przedstawienie deptakowe przednie ;)
Z Rewala już sympatyczną szosą dociągnęliśmy do Niechorza - a tu latarnia morska w częściowym remoncie - podjechaliśmy jednak pod ową i zjedliśmy cośtam z sakw. Ponadto w Niechorzu jest wielki napis "NiecXorze" - nie wiem po jakiemu to (może po transsyberyjsku?), ale widzę tu silne wpływy kreatywności za wszelką cenę ;)
Po minięciu "NiecXorza" była w planie plaża w Pogrzelicy - ale się w międzyczasie pochmurzyło - więc pociągnęliśmy dalej od morza - na Trzebiatów. Trzeba było zrobić takie kółko ze względu na poligon pomiędzy Pogorzelicą, a Mrzeżynem. Szosa do Trzebiatowa (najpierw boczna, ale dobra - potem główna, ale kostropata - a na koniec wreszcie porządna) biegła łagodnymi wzniesieniami - a że zrobiło się idealnie z coraz silniejszym wiatrem - mknęło się, aż miło. Nowe gminy - cośtam i Trzebiatów :)
Trzebiatów powitał nas dedeerówą, Biedronką i znów fatalnymi asfaltami - jakie to wszystko polskie...
Po dokonaniu zakupów skierowaliśmy się do centrum - i tu miłe zaskoczenie: Jak dotąd zdecydowanie najładniejsze i najciekawsze miasteczko zachodniopomorskie! Na początek trafiliśmy na jakiś dawny kościół gotycki (współcześnie - cerkiew!) - miejsce historyczne, gdzie ustanowiono reformację na całym Pomorzu. Pod kościołem okazało się, że to jeden z przystanków tzw. Szlaku Słonia - miejskiej ścieżki turystycznej, łączącej najważniejsze zabytki. A czemu słoń? Ano temu, że prawie 400 lat temu, podczas swej podróży przez pół Europy, pewien słoń będący własnością kolejno kilku ówczesnych możnych tego świata, zawitał z resztą świty do miasteczka, wprawiając w osłupienie (by nie rzec: osłonienie) większość mieszkańców - na cześć tego wydarzenia wymalowano na miejskiej kamienicy graffiti ze słoniem, a współcześni promotorzy miasta sprytnie tę historię wykorzystali do stworzenia szlaku. I git! :)
Podążając za czerwonymi znakami słoniowymi wymalowanymi na chodnikach i jezdni, wkrótce znaleźliśmy się pod bramą o wspaniale brzmiącej nazwie "Kaszana". Nazwa związana z kolejną legendą mówiącą o tym, że kasza uratowała miasto - pewien strażnik, siedząc na wieży wywalił niechcący gorącą kaszę za blanki - a że traf chciał, że tuż pod wieżą przyczaił się właśnie wróg (z Gryfic!) gotujący się do ataku - gorąca kasza narobiła wrzasku, bigosu i zamieszania w szeregach Gryfitów - i niczym kapitolińskie gęsi uratowała gród (choć nie głód).
Kolejnymi przystankami na słoniowym szlaku był pałac i duży kościół, a na koniec (choć początek szlaku) - rynek. Bardzo ładny i (jak na polskie realia) zadbany.
Z Trzebiatowa skierowaliśmy się (niestety, pod silny, przednio-boczny wiatr) do Mrzeżyna - na szczęście nie było bardzo daleko, choć wygwizdów, że hej - płaskie łąki i pola. Po drodze ładny stary kościółek w Trzebuszu. Niemal na całej długości szosie z Trzebiatowa do Mrzeżyna towarzyszy dobra asfaltowa rowerówka - polecamy!
W Mrzeżynie wstąpiliśmy do znanej nam z nadbałtyckiej wędrówki wędzarni - dobre, pyszne, ale Bornholm to to już nie był. Zadowoliłem się tatarem z łososia ;)
Za Mrzeżynem (koło Rogowa) wreszcie zrobiło się słonecznie, więc skręciliśmy na plażę - mocno wiało, ale przy wejściu na wydmie trwał w tym wiuwie rosnący wprost na piasku dorodny słonecznik - jak on to zrobił? Niezwykłe! :)
Posiedzieliśmy trochę, ja chlupnąłem w fale - i ruszyliśmy dalej. A fale potężne - w pewnym momencie jedna, ponaddwumetrowa załamała się centralnie nade mną, a pęd wody rozgiął mi okulary!
Za Dźworzynem (swoją drogą ciekawe, że Mrzeżyno kończy się na "żyno" - a Dźwirzyno - na "rzyno":) aż do Kołobrzegu biegnie wzdłuż brzegu doskonała rowerowa asfaltówka - klasy naprawdę... normalnej ;D Za Rogowem, korzystając z chwilowej przerwy w sporym ruchu rowerowo-pieszo-rolkowym (na szczęście droga jest na tyle szeroka, że wszyscy się bez problemu mieszczą!) czmychnęliśmy w las, znaleźliśmy zaciszne, osłonięte miejsce w sam raz na namiot - i mieliśmy już nocleg z szumem morza w odsłuchu :)


  • DST 58.20km
  • Teren 4.00km
  • Czas 02:45
  • VAVG 21.16km/h
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

SzweDaNie.pl - dz. 12: na stały ląd

Wtorek, 26 sierpnia 2014 · dodano: 31.08.2014 | Komentarze 3

Trasa:
Wapnica - Dargobądz - Wolin - Recław - Laska - Sibin - Kukułowo - Dusin - Skarchowo - Jarszewo - Kamień Pomorski - Wrzosowo - Dziwnówek - Łukęcin

Wyprani i wypoczęci ruszyliśmy nie tak całkiem z rana samego z gratami na ciąg dalszy eskapady. Tuż za Wapnicą skończył się asfalt, a zaczęła koszmarna kostka brukowa - z wyjeżdżonymi miejscami po bokach piaszczystymi alternatywami. Wiadomo - park narodowy, więc nie można normalnej drogi (choćby dla rowerów) z asfaltu zrobić. Dziwię się tylko, że nie wpadli jeszcze na pomysł, że bruk jest także nienaturalny - i nie rozebrali go. Pewnie jakiś zabytek. Biedne rowery! W końcu na szczęście doczołgaliśmy do międzynarodówki Świnioujście-reszta kraju i już pięknym szerokim poboczem (via Dargobądz, gdzie dla większej spokojności przez wieś starą drogą) myknęliśmy do miasta Wolin. Tu najpierw stary murowany wiatrak typu Holender w dość opłakanym stanie - ale jest tabliczka, że zaczyna się remont. Oby!
Spod wiatraka póki co omijając centrum - na Wzgórze Wisielców z kurhanami. Sielankowe miejsce :) Stąd jakimś zarośniętym dawnym parkiem do pomnika Trygława, skąd roztacza się ładny widok na bloczyska w centrum. Podjechaliśmy więc tam - a tu między parkingiem, a placem zabaw - pomnik Światowida. Bogowie na Wolinie nie mają letko...
Samo centrum, gdyby nie wciśnięte weń bloki robi miłe wrażenie, jednak nie zabawiliśmy tu długo - przeprawiliśmy się wreszcie (przez Dziwną) na stały ląd (żegnaj wakacyjny archipelagu wysp wszelakich!) i za chwilę skręciliśmy na Osadę Słowian i Wikingów. Bardzo ciekawe miejsce - w odtworzonych chatach pracownicy obiektu w strojach z jakichś tam epok cośtam sobie dłubią, wiążą w pęczki etc., ponadto pieką pyszne podpłomyki z jeszcze pyszniejszym twarogiem z czosnkiem i ziołami, a nad wszystkim unosi się rżenie konia prawdziwego szt. 1. Kible też są w chacie z epoki, kiedy kibli nie było - a w środku pomyslowy mix wnętrza chałupy jakby żywcem przeniesionej z Kajka i Kokosza oraz nowoczesnych rozwiązań sanitarno-wszelakich. Po zwiedzeniu dosłownie każdej z chat (w jednej np. wisiał koński czerep - w innej tarcze w swastyki) i pamiątkowej suitfoci w hełmie i z mieczem - czas był ruszać dalej w drogę. Tą samą trasą (znów okropna kostka - na szczęście był chodnik obok) do krzyżówki - i na północ - na Kamień Pomorski.
Pierwsza wioska nazywała się Laska, potem było podobnie - wioski jak to pomorskie wioski - stare kościoły i ogolny postpegieer. Z lewej strony od czasu do czasu błyskała w słońcu Dziwna Rzeka. Wiatr, dotąd sprzyjający, zaczął nam coraz bardziej wykręcać prosto w twarze, więc znów jechało się ciężko. Za to pojawiły się wreszcie nowe gminy do zaliczenia - na początek Kamień Pomorski.
Sam wjazd do miasteczka to asfaltówa-dedeerówa - i asfalt to jej jedyny plus. Co chwila zmienia stronę jezdni i kończy się niczym. Groarr! Po samym Kamieniu przetoczyliśmy niespiesznie rowery, żeby nie przegapić atrakcji - zamiast starego miasta jest blokowisko i - oprócz ratusza - dosłownie kilka kamieniczek oraz średniowieczna brama z muzeum przypominają, że Kamień to miejsce niemal równie historyczne jak Wolin. Na nabrzeżu zrobiliśmy postój żarciowy, potem jeszcze obejrzeliśmy zakątek z największym gotyckim kościołem i pobliskim pałacem biskupim (takoż muzeum). Nie właziliśmy jednak do środka, bo zaczynało się robić późnawo - z miasta wyjechaliśmy na Dziwnówek (haha - kolejna nowa gmina - Dziwnów!) - i wkrótce zaczęła się już wygodna, asfaltowa droga rowerowa bez żadnych wątpliwych gzygzaków - nie można tak częściej? Widać nie - "niedasię.pl"
W Dziwnówku droga rowerowa się skończyła, wykręciliśmy na wschód w kierunku Łukęcina - i znów zrobiło się z wiatrem. W Łukęcinie po krótkich poszukiwaniach noclegu (znów pod dachem - zapowiadała się bardzo zimna noc) znaleźliśmy przyzwoity ośrodek wypoczynkowy o dziarskiej nazwie "Pionier" - 32 zł od osoby za pokój to nie jest w wakacje majątek. Ponadto 500 m do morza, z czego skwapliwie skorzystaliśmy udawszy się na spacer plażą o zachodzie. Robiło się coraz zimniej - i w pewnym momencie okazało się, że wędrówka w strefie przyboju na bosaka powoduje uczucie rozgrzania stóp - taki zimny był już piasek na samej plaży. No to z godzinę łaziłem po wodzie, a słońce zapadło pod horyzont i kolejną wielką czarną chmurę (wiszącą gdzieś na kierunku bornholskim...) która wyciągała coraz bardziej swe szpony w kierunku naszego wybrzeża, więc szybko (choć już po ciemku) zmyliśmy się do naszego ośrodka jakimś zakazanym skrótem. A w nocy rzeczywiście musiało padać, bo rano balkon pokoju był mokry - ale nasz ośrodek to nie namiot - i nie przeciekł był :)