Info
Więcej o nim tu, a niżej BATONY NA BOCZKU ;)
2025
2024
2023
2022
2021
2020
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
Zaliczone rowerowo gminy:
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj5 - 0
- 2026, Kwiecień11 - 0
- 2026, Marzec13 - 0
- 2026, Luty3 - 0
- 2025, Grudzień13 - 7
- 2025, Listopad7 - 2
- 2025, Październik7 - 2
- 2025, Wrzesień10 - 3
- 2025, Sierpień9 - 8
- 2025, Lipiec10 - 31
- 2025, Czerwiec4 - 8
- 2025, Maj15 - 31
- 2025, Kwiecień12 - 32
- 2025, Marzec11 - 28
- 2025, Luty1 - 5
- 2025, Styczeń1 - 4
- 2024, Grudzień5 - 29
- 2024, Listopad4 - 25
- 2024, Październik14 - 86
- 2024, Wrzesień10 - 38
- 2024, Sierpień7 - 19
- 2024, Lipiec17 - 31
- 2024, Czerwiec1 - 4
- 2024, Maj17 - 71
- 2024, Kwiecień13 - 36
- 2024, Marzec13 - 56
- 2024, Luty7 - 30
- 2024, Styczeń2 - 6
- 2023, Grudzień3 - 14
- 2023, Listopad7 - 21
- 2023, Październik10 - 39
- 2023, Wrzesień12 - 72
- 2023, Sierpień14 - 96
- 2023, Lipiec10 - 40
- 2023, Czerwiec7 - 25
- 2023, Maj13 - 54
- 2023, Kwiecień11 - 50
- 2023, Marzec10 - 61
- 2023, Luty5 - 28
- 2023, Styczeń15 - 76
- 2022, Grudzień3 - 21
- 2022, Listopad5 - 27
- 2022, Październik9 - 43
- 2022, Wrzesień4 - 18
- 2022, Sierpień13 - 93
- 2022, Lipiec11 - 48
- 2022, Czerwiec5 - 24
- 2022, Maj15 - 70
- 2022, Kwiecień11 - 54
- 2022, Marzec12 - 77
- 2022, Luty8 - 40
- 2022, Styczeń8 - 39
- 2021, Grudzień9 - 54
- 2021, Listopad12 - 68
- 2021, Październik11 - 41
- 2021, Wrzesień10 - 47
- 2021, Sierpień13 - 53
- 2021, Lipiec13 - 60
- 2021, Czerwiec19 - 74
- 2021, Maj16 - 73
- 2021, Kwiecień15 - 90
- 2021, Marzec14 - 60
- 2021, Luty6 - 35
- 2021, Styczeń7 - 52
- 2020, Grudzień12 - 44
- 2020, Listopad13 - 76
- 2020, Październik16 - 86
- 2020, Wrzesień10 - 48
- 2020, Sierpień18 - 102
- 2020, Lipiec12 - 78
- 2020, Czerwiec13 - 85
- 2020, Maj12 - 74
- 2020, Kwiecień15 - 151
- 2020, Marzec15 - 125
- 2020, Luty11 - 69
- 2020, Styczeń17 - 122
- 2019, Grudzień12 - 94
- 2019, Listopad25 - 119
- 2019, Październik24 - 135
- 2019, Wrzesień25 - 150
- 2019, Sierpień28 - 113
- 2019, Lipiec30 - 148
- 2019, Czerwiec28 - 129
- 2019, Maj21 - 143
- 2019, Kwiecień20 - 168
- 2019, Marzec22 - 117
- 2019, Luty15 - 143
- 2019, Styczeń10 - 79
- 2018, Grudzień13 - 116
- 2018, Listopad21 - 130
- 2018, Październik25 - 140
- 2018, Wrzesień23 - 215
- 2018, Sierpień26 - 164
- 2018, Lipiec25 - 136
- 2018, Czerwiec24 - 137
- 2018, Maj24 - 169
- 2018, Kwiecień27 - 222
- 2018, Marzec17 - 92
- 2018, Luty15 - 135
- 2018, Styczeń18 - 119
- 2017, Grudzień14 - 117
- 2017, Listopad21 - 156
- 2017, Październik14 - 91
- 2017, Wrzesień15 - 100
- 2017, Sierpień29 - 133
- 2017, Lipiec26 - 138
- 2017, Czerwiec16 - 42
- 2017, Maj25 - 60
- 2017, Kwiecień20 - 86
- 2017, Marzec18 - 44
- 2017, Luty17 - 33
- 2017, Styczeń15 - 52
- 2016, Grudzień14 - 42
- 2016, Listopad18 - 74
- 2016, Październik17 - 81
- 2016, Wrzesień26 - 110
- 2016, Sierpień27 - 197
- 2016, Lipiec28 - 129
- 2016, Czerwiec25 - 79
- 2016, Maj29 - 82
- 2016, Kwiecień25 - 40
- 2016, Marzec20 - 50
- 2016, Luty20 - 66
- 2016, Styczeń16 - 52
- 2015, Grudzień22 - 189
- 2015, Listopad18 - 60
- 2015, Październik21 - 52
- 2015, Wrzesień27 - 38
- 2015, Sierpień26 - 37
- 2015, Lipiec29 - 42
- 2015, Czerwiec27 - 77
- 2015, Maj27 - 78
- 2015, Kwiecień25 - 74
- 2015, Marzec21 - 80
- 2015, Luty20 - 81
- 2015, Styczeń5 - 28
- 2014, Grudzień16 - 60
- 2014, Listopad27 - 37
- 2014, Październik28 - 113
- 2014, Wrzesień28 - 84
- 2014, Sierpień28 - 58
- 2014, Lipiec28 - 83
- 2014, Czerwiec26 - 106
- 2014, Maj25 - 88
- 2014, Kwiecień24 - 75
- 2014, Marzec18 - 133
- 2014, Luty17 - 142
- 2014, Styczeń13 - 68
- 2013, Grudzień21 - 115
- 2013, Listopad23 - 102
- 2013, Październik22 - 64
- 2013, Wrzesień28 - 108
- 2013, Sierpień18 - 66
- 2013, Lipiec30 - 95
- 2013, Czerwiec30 - 79
- 2013, Maj30 - 55
- 2013, Kwiecień29 - 81
- 2013, Marzec16 - 39
- 2013, Luty19 - 62
- 2013, Styczeń9 - 18
- 2012, Grudzień22 - 62
- 2012, Listopad22 - 19
- 2012, Październik20 - 8
- 2012, Wrzesień25 - 6
- 2012, Sierpień2 - 3
- 2012, Lipiec14 - 4
- 2012, Czerwiec26 - 14
- 2012, Maj23 - 24
- 2012, Kwiecień26 - 23
- 2012, Marzec27 - 20
- 2012, Luty21 - 35
- 2012, Styczeń23 - 59
- DST 48.70km
- Teren 40.30km
- Czas 02:23
- VAVG 20.43km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Podlasie Egzotyczne - dz. 5: Puszcza z Żubrem
Piątek, 10 kwietnia 2015 · dodano: 13.04.2015 | Komentarze 2
Trasa:Siemianówka - Stare Masiewo - Zamosze - Pogorzelce - Białowieża
Syci wrażeń dnia poprzedniego, kolejny dzionek postanowiliśmy potraktować dość lajtowo - choć, rzecz jasna, nie znaczyło to braku atrakcji! O nie - nie w tych stronach! ;) Dzień, pomni doświadczeń dnia poprzedniego rozpoczęliśmy od wizyty w sklepie i nakupieniu odpowiedniej ilości płynów na drogę - pod sklepikiem dwa miłe pieski (a na kwaterze, zapomniałbym dodać - kotowisko!).
Po pożegnaniu gospodarzy zjechaliśmy niemal od razu z szosy do lasu - pierwszych zapowiedzi królowej polskich puszcz z żubrem w herbie ;) Póki co były to zwykłe, suche, sosnowe laski - nawigując na czuja dojechaliśmy do płaskiego tu brzegu zalewu - malownicze miejsce! Kolejne, za kawałek, wzbogacone było o wieżę obserwacyjną - po wdrapaniu się na górę oczętom zdumionym naszym ukazał się błot szmat, trzcinowiska i Pan Holender, który miał lupę do obserwacji przyrody. Wypatrzył tego dnia już trzy wilki, więc nie chcąc mu zawracać zanadto lupy, po niedługim czasie pojechaliśmy wałem nadtrzcinowo-zalewowym dalej - i po chwili zanurzyliśmy się już we właściwej Puszczy Białowieskiej - na jej najpółnocniejszym skraju. A tu cała piesza wycieczka - chyba reszta Holendrów. O, zaskroniec! - zakrzyknęliśmy, ale to dopiero po kilku kilometrach jazdy prostą jak drut przecinką leśną, bo droga znienacka uległa zwężeniu ;)
Za kolejnych kilka kilometrów puszczy po raz wtóry dopadła nas straż graniczna - i znowu żmudne spisywanie i sprawdzanie, że my to my, a nie oni.
Pierwszą z trzech tego dnia wsi (reszta jest puszczeniem;) było Stare Masiewo - przemalowniczo-drewniano-studniożurawiane :)
Po ponownym zagłębieniu się w lasy tzw. Wilczym Szlakiem, przemierzając najpiękniejsze z ostępów nie będących ścisłym rezerwatem (po którym jeździć na rowerze nie można) trafiliśmy w uroczysku Głuszec na zrewitalizowaną leśną stacyjkę wąskotorówki i pomalowany w wesołe barwy niemaskujące parowozik. Do tego wiata i kilka różnych wagoników. Wszystko kolorowe i miniaturowe, niczym w wesołym miasteczku, a nie w wesołym puszczysku!!
Jadąc tam i siam (ale zawsze rowerowym szlakiem), mając słońce w pyski i wręcz na odwrót, w końcu wjechaliśmy w taki ostęp, że odnalazłem w przydrożnym rowie pierwszego kaczeńca i zatrzymałem się, by mu pstryknąć fotkę - a M. mnie na chwilę wyprzedziła - i w tym momencie tuż przed jej przednim błotnikiem przeleciał w poprzek drogi ogromny żubr! Szczyt wszystkiego normalnie.
Dłuższy popas (bez żubra) urządziliśmy więc dopiero przy Kosym Moście na Narewce - a potem znów ruszyliśmy - tym razem w kierunku wsi o tej samej, co rzeczka nazwie.
Nie dojeżdżając do wsi, wciąż jadąc lasami skręciliśmy na Starą Białowieżę - droga, do tej pory jako-taka, zrobiła się nierówna - widać, że jeżdżą nią cięższym niż rowery sprzętem, więc telepało niemiłosiernie, a wszystko w sakwach fruwało, gdy tylko próbowałem się nieco bardziej rozpędzić. I tak kolejne kilkanaście kilometrów lasu - po drodze urokliwa wiatko-chatka przydrożna z żurawiem studziennym.
W Starej Białowieży, gdzie jest ścieżka między odwiecznymi dębami był miły pan sprzedający cały boży dzionek bilety nikomu, ale za to ładnie zagrabił z nudów piaszczysty parking - ten, to ma życie! :D Ponieważ nie kupiliśmy także i my (znamy Starą B. z poprzedniego pobytu w okolicy), więc pogadaliśmy milo, pan zjadł nam czekoladę (ale tylko ten kawałek, którym go poczęstowałem ;p) i szybko się zwinął, bo skończył tego dnia robotę - a myśmy też odsapnęli - i już był zaraz asfalt, najpierw wieś Pogorzelce, a potem już sama Białowieża (wjazd od strony skansenu, czyli w sumie taki, jak wszędzie;).
Po zakwaterowaniu się na naszej już kiedyś bywałej kwaterze ruszyliśmy na koniec dnia jeszcze na obchód Parku Pałacowego i centrum - a że głód dopadł nas znaczący, wylądowaliśmy ostatecznie aż w dwóch knajpach - w "Unikacie" zjedliśmy obiad właściwy (m.in. dzik po raz enty) oraz Pokusie - na deserze.
I w ten sposób kolejny dzień wyprawki dobiegł kresu.
Nowa gmina: Białowieża.
Kategoria 4. Dzień to za mało!, 5. Nieśpiesznie z M.:)
- DST 74.40km
- Teren 61.90km
- Czas 03:55
- VAVG 19.00km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Podlasie Egzotyczne - dz. 4: Same cudeńka!
Czwartek, 9 kwietnia 2015 · dodano: 13.04.2015 | Komentarze 0
Trasa:Krynki - Wierszalin - Słobódka - Nietupa - Szaciły - Sanniki - Żylicze - Kruszyniany - Łosiniany - Rudaki - Chomontowce - Bobrowniki (nr 2) - Gobiaty - Świsłoczany - Mostowlany - Dublany - Jałówka (nr 2) - Zaleszany - Cisówka - Siemianówka
Od rana słonko wygoniło nas na podbój Krynek. Odwiedziliśmy pieszkom Zaułek Zagumienny z zarośniętym kirkutem (trochę mnie wystraszyło podczas zwiedzania stado warczących psów galopujących tam i siam między macewami), cmentarz prawosławny, położone tuż obok niego cmentarzysko (sic!) hydrantów i słupów telegraficznych oraz słupków drogowych, a z bardziej (choć bez przesady) żwawych miejsc - miejscową cerkiew z nabożeństwem pogrzebnym, ruinę Wielkiej Synagogi, zruinowaną synagogę kaukaską oraz będącą w jakim-takim stanie kolejną - z Domem Kultury, czy czymś takim. I już trzeba było wracać po rowery do kwatery, chwila sympatycznych pogaduszek przedwyjazdowych z panami z kotłowni - i w drogę!
Najpierw było (także poprzedniego dnia zaliczone) dwunastowylotowe rondo, czyli rynek, kościół z dwiema wieżami - a za kawałek skończył się asfalt i zaczęła się pyłówa w stronę Góran. Najpierw rozległymi pustaciami pod górkę i pod wiatr (uf, uf) - później horyzont zastąpiła ściana młodych lasów sosnowych i brzozowych - wschodnie hufce niedalekiej wszakże Puszczy Knyszyńskiej. Po przejechaniu kilku kilometrów skręcilismy nieco na czuja w lewo koło pewnego krzyża - i okazało się, że słusznie - bo po chwili ukazała się otoczona lasem na poły legendarna cerkiew Proroka Ilji, co ponoć sama spod ziemi wyrosła. Kiedyś miejsce wielotysięcznych zgromadzeń sekty proroka - dziś odludny malowniczy zakątek. Obok zaś cmentarzyk, a że akurat podjechali autem jacyś miejscowi państwo, zasięgnąłem języka celem dalszej nawigacji w nieuczęszczanych dziś stronach.
Po krótkim odpoczynku na zawietrznej pod cerkiewką pojechaliśmy znów piachami w kierunku Leszczan - i tuż przez wioską odbiliśmy w prawo - w gęste lasy. Gdzieś w tych ostępach krył się bowiem Wierszalin - czyli dawna chata proroka - a nie mogłem sobie odmówić przyjemności jej znalezienia! Tym razem już kompletnie na czuja, prowadząc rowery przez zarośniętą chęchami leśną dróżkę wyszliśmy praktycznie prosto na chatę! Jak się po chwili okazało - od drugiej strony dochodziła doń wyraźna piaszczysta droga, więc nie musieliśmy się wracać przez busz. Nim jednak ruszyliśmy w dalsze pustaci, zwiedziliśmy nieco najbliższą okolicę - oprócz zawartej na głucho (i otoczonej płotkiem) chaty (oraz tablicy informacyjnej miejscowego leśnictwa) znajduje się tu również edukacyjna ścieżka religijno-ekumeniczna (w postaci kolejnych tablic) wiodąca na szczyt leśnego wzgórza, gdzie znajduje się kamienna podmurówka - chyba ślad po kolejnej cerkwi (czyżby ta z kolei zapadła się pod ziemię?). Z pobliskich atrakcji odnalazł się także w kompletnym chynchu fikuśny domeczek dawnego sąsiada proroka - domorosłego wynalazcy Wołoszyna. Gospodarstwo jest wyraźnie opuszczone, a oprócz domku stoi jeszcze rozwarta na oścież stodoła. W domku zaś wypatrzyłem przez okienko lodówkę Mińsk.
Szkoda było jechać dalej - ale cóż poradzić? W końcu takie cuda są tu codziennością - więc ruszyliśmy - tym razem ku Tatarom - do Kruszynian. Początkowo przez Puszczę Knysz piachami, potem przez całkowicie drewnianą wieś Nietupę. W następnej wiosce M. została trochę odsapnąć, a ja skoczyłem w bok odnaleźć ruiny dawnego folwarku Żylicze - kolejne miejsce z gatunku "gdzie diabeł mówi dobranoc". Folwark ma tabliczkę "teren prywatny - zapraszamy wszystkich wędrowców pieszych i rowerowych(!)" - o samochodziarzach zaś ani słowa ;)) Z głównej (czyli piaszczystej) drogi prowadzi doń przepiękna zabytkowa aleja ukryta wśród krzorów dzikich - a na jej końcu znajduje się coś w rodzaju resztki zabytkowego parku, ruina dużej budowli z kamienia (i kilku mniejszych nieznanego przeznaczenia) oraz odbudowana stodoła. I znów nikogo - cały folwark dla mnie! :D Pięć minut biegiem - i na abarot do M.
Dalej było kilka kilometrów ostatków puszczy - i nagle pojawił się asfalt - i tatarskie Kruszyniany.
Oczywiście pierwsze nasze pedałnięcia skierowaliśmy ku Tatarskiej Jurcie - znanej restauracji, w której można zjeść prawdziwe tatarskie przysmaki (czyli ani befsztyk tatarski, ani też sos tatarski;). Zjedliśmy potrawy o nazwach (w przeciwieństwie do smaku;) kompletnie nie do zapamiętania - w każdym razie były to dwie przepyszne, bardzo pikantne zupy (jedna trochę jak soljanka, druga - marchewkowa!), dwa kompoty mrożone z rokitnika(!), kawę po orientalnu (jakby korzenno-piernikowa) oraz dwie potrawy na drugie - z czego jedna nazywała się Manto - ale sprawiły nam ją bardzo miłe panie Tatarki - w tym jedna, która obsługiwała samego księcia Karola (tego od Diany etc.), kiedy nawiedził Kruszyniany (raczej szosą;). Napchani jak chani skierowaliśmy rowery ku położonemu vis-a-vis meczetowi z przewodnikiem w środku - Tatarem, a jakże - który barwnie i z polotem opowiedział nam o wszystkim, o czym się dało - poczynając od zwyczajów meczetowych, a na współczesnym życiu Tatarów w Polsce i nie tylko skończywszy. Tymczasem zrobila się 16:00 - a tu jeszcze do planowanej na ten dzień Siemianówki prawie 50 km bardziej bezdroży, niż dróg! Zatem - w drogę - w bezdroże! Najpierw jednak jeszcze na chwilkę na miejscowy cmentarz muzułmański. potem już świeżym asfaltem w kierunku na Łosiniany. Niestety - Łosiniany to synonim końca asfaltu - i dalej, na południe tłukliśmy się znów kurzastymi pyłówkami biegnącymi - zda się - w nieskończoność przez kolejne drewniane, na poły opuszczone wsie, pomiędzy którymi rozciągnęły się całe połacie pofalowanego wtórnego stepu i lasostepu - tylko marne brzózki i przydrożne krzyże - a po lewej, za szeroką doliną Świsłoczy - Białoruś. Wśród wsi wyróżniły się znienacka kawałkiem asfaltu - a zwłaszcza wielkim przejściem granicznym w środku niczego Bobrowniki (na tej wycieczce nr 2) - i znów pustkowia i wymarły skansen co kilka kilometrów. Słońce od rana mocno piekło, a nam powoli zaczęła się kończyć i herbata - i woda - a tu nigdzie sklepu - w końcu od jedynego lokalsa spotkanego na tym odcinku dowiedzieliśmy się, że najbliższy sklepik (a nawet ponoć dwa!) są w oddalonej o... 11 km Jałówce (również nr 2;). Chłonąc kurz i bajeczne, otwarte horyzonty z dominującą nutą melancholijnego braku zimnej coli - w końcu dobrnęliśmy jakoś o suchych pyskach do rzeczonej Jałówki. Po zniwelowaniu skutków odwodnienia (i odkolenia;) oraz obejrzeniu, kompletnie od czapy w takim miejscu nowoczesnej cerkwi - dalej w drogę, bo słoneczko już niemal zaczynało zachodzić, a do Siemianówki była jeszcze, jak się okazało, godzina z ogromnym hakiem. Pylistościami przedwieczornymi dotarliśmy do ostatniej przed zalewem Siemianówka większej wsi - Zaleszan. Po drodze pogoniły nas jeszcze wyskoczone z samotnego gospodarstwa dwa foksteriery - jak się okazało goniły nas po to, by się strasznie ucieszyć, że jesteśmy oraz polizać nas po uchach ;D W Zaleszanach wydawało się, że już do Siemianówki (położonej po drugiej stronie zalewu) nie dojedziemy - zaczęliśmy nawet szukać jakiegoś noclegu, ale w najporządniejszym nawet gospodarstwie - u sołtysa - przywitali nas przesympatyczni włościanie wyglądający jak sprzed 100 lat - chata w środku też tak wyglądała - a że w dodatku nie mogli nas przenocować - nie pozostało nic innego, jak przeprawić się o zmroku na drugi brzeg zalewu. Tu nadmienić należy, że przeprawa polega na przejechaniu z 5 km tamą kolejową, która biegnie w poprzek zalewu, dzieląc go na dwie części. W pobliże tamy dotarliśmy przez malowniczo zmierzchający się las świerkowy - na jego skraju ukazała się chyba najbardziej klimatyczna stacyjka w Polsce - Cisówka. Polega ona na dawnym, drewnianym wagonie-baraku jako poczekalni - i już :D Obok - opuszczona drewniana chata w lesie.
Wzdłuż nasypu kolejowego wiedzie polna droga - i tak, między torami szerokimi jak na prawdziwym wschodzie, a bagniskami i rozlewiskami zalewu, nad którymi darły się ptaki wieczorowych pór, płosząc przygrobelnego dzika dotarliśmy do przepustu, którym przepływa woda Narwi, która to zasila zalew. Niestety, pojechaliśmy drogą, a nie torami (którymi jechać się rowerami wszak nie da) - i okazało się, że droga urywa się nad przepływem - mostu niet! Były za to dwa krzyże po dwóch takich, co się utopili - oraz doskonale widoczne światła Siemianówki na drugim brzegu. Na szczęście obok był most kolejowy, ale żeby się wdrapać na nasyp, musieliśmy się nieco wrócić. Tymczasem całkiem się ściemniło, co było o tyle korzystne, że z pewnością ciungając rowery po torach przez most, odpowiednio wcześniej dostrzeglibyśmy światła nadjeżdżającego pociągu!
W sposób bardzo niewygodny pokonaliśmy (na szczęście krótki) odcinek bez drogi przez most - a tu zbliżają się ku nam światła! Po chwili jednak się wyjaśniło, że z naprzeciwka jechała ciągiem dalszym polnej drogi wzdłuż torów straż graniczna. Oczywiście nas zhaltowali - kolejne kilkanaście minut zleciało na sprawdzaniu nas, cośmy za jedni. Byli jednak bardzo mili, więc też żeśmy nie marudzili. Potem jeszcze kawałek polną drogą - zalew i nasyp się skończył - i nareszcie - Siemianówka! Okazało się jednak, że nadal jest kłopot - nigdzie kwatery na noc. W końcu wylądowaliśmy w miejscu, do którego dzwoniliśmy już wcześniej - ale mieli tylko domki po 100 zł za domek - niezależnie od ilości osób - więc trochę wystawnie - ale nie mieliśmy innego wyjścia. Pani (żona leśnika) jednak w końcu nas pożałowała i ostatecznie zapłaciliśmy 80 - a jeszcze nas świątecznym pasztetem z dzika podkarmiła! A w drewnianym domku był kominek - a za ścianą na jego wysokości - prawdziwa sauna! Żryć - nie umierać :)
I padliśmy - bo co za dużo wrażeń - to w sam raz!
Nowe gminy: Gródek, Michałowo, Narewka.
Kategoria 4. Dzień to za mało!, 5. Nieśpiesznie z M.:)
- DST 66.90km
- Teren 2.30km
- Czas 02:47
- VAVG 24.04km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Podlasie Egzotyczne - dz. 3: Walka z wiatratatarami
Środa, 8 kwietnia 2015 · dodano: 13.04.2015 | Komentarze 7
Trasa:Supraśl - Podsokołda - Sokołda - Kopna Góra - Wierzchlesie - Stara Kamionka - Bobrowniki - Bohoniki - Malawicze Górne i Dolne - Wojnowce - Zubrzyca - Miszkieniki - Babiki - Samogród - Usnarz Górny - Grzybowszczyzna - Jurowlany - Krynki
Od rana ruszyliśmy pieszkom na zwiedzanie Muzeum Ikon i cerkwi (w odbudowie wewnętrznej, ale za to Pan Pop Przewodnik dał nam prosforę - takie ciasteczko opłatkowate) - po drodze miejscowe cmentarze z zabytkowymi kaplicami, jakieś koniki obok. Muzeum bardzo ciekawe i nastrojowe - światło plus dźwięk - i mnóstwo ikon. Potem spiesznie wróciliśmy na kwaterę po rowery, pożegnaliśmy Dyzia (wciąż ze wstążkami) - i w samo południe ruszyliśmy tym razem szosowo do arboretum w Kopnej Górze. Od rana silnie wiało z NW - więc początkowo, w puszczy nie było źle - ale później jeszcze dało nam owo wianie solidnie w kość! Póki co mknąc przeważnie bardzo dobrym asfaltem osiągnęliśmy Kopną Górę - gdzie znajduje się cmentarz powstańców listopadowych oraz arboretum - co ciekawe imienia powstańców - ale styczniowych. Po obejściu z rowerami arboretum (zbyt wczesna wiosna na jakieś spektakularne rozkwity - ale miejsce ładne) - skręciliśmy na północ - w kierunku Sokółki. Póki jeszcze kilka km jechaliśmy przez puszczę - z wiatrem było jako tako - ale po wyjechaniu na Sokólskie Pagórki - łyse jak Pokład Idy (i znane z wiatraków) - zaczęła się istna walka - z wiatrami. Chwilami wicher wręcz nas zatrzymywał, a będąc nieco skośnym (w lewy pysk) - próbował zrzucać z drogi. Z tego odcinka, oprócz męki, zapamiętałem jeszcze tablicę informującą o tym, że znaleźliśmy się w strefie zagrożonej afrykańskim pomorem świń! "Od głodu, chłodu, etc., powietrza oraz wiatrów - racz nas chronić Panie Allahu!" ;> Naszym kolejnym celem chwilowym była bowiem pierwsza z dwóch tatarskich wsi w tych okolicach - czyli Bohoniki. Przed Bohonikami nieco skręciliśmy na wschód, więc wiatr zaczął bardziej współpracować - ale dopiero od Malawicz lecieliśmy jak na skrzydłach na SES. Tymczasem do Bohonik dobrnęliśmy mijając niezbyt malownicze hałdy piachu kopalni owegóż, a potem jakimiś skrótami terenowymi - meczet był zamknięty, na klamce wisiała kartka z numerem telefonu do Pani Otwieracz- niestety - nikt nie odbierał... Podjechaliśmy więc za to do mizaru - czyli cmentarza muzułmańskiego, ukrytego wśród wiekowych sosen na jakimś pagórku. Miejsce robi spore wrażenie, choć przeważają na nim współczesne groby - ale na każdym, zamiast krzyża - półksiężyc... Stara część cmentarza, przypomina z kolei cmentarz żydowski - zamiast macew stoją tu płaskie kamienie postawione na sztorc, skierowane w stronę Mekki.
Z Bohonik po chwili dotarliśmy do wspomnianych wcześniej Malawicz - tu ruina wiatraka - i z wiatrem (choć początkowo pod górę - na najwyższe wzniesienia pod Sokółką - tzw. Wojnowskie Góry) pomknęliśmy asfaltem przez senne przygraniczne wioski w stronę Krynek. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze trzy cerkwie - położoną w szczerym polu w Samogrodzie (gdzie nas powitały przesympatyczne pieski z plebanii) - oraz dwie w Jurowlanach. W międzyczasie uciekliśmy jeszcze przed czarną chmurą typu gradowego, która nas postraszyła na pustkowiach za Babikami - na szczęście jakoś się rozmyła. Za Jurowlanami słonko zaszło, więc o pierwszym zmroku dociągnęliśmy do Krynek - i tu, w pokojach gościnnych miejscowego Domu Kultury, w warunkach nieco siermiężnych, ale schludnych i niedrogich zalegliśmy na kolejną noc.
Nowe gminy: Szudziałowo, Sokółka, Krynki.
Kategoria 4. Dzień to za mało!, 5. Nieśpiesznie z M.:)
- DST 58.90km
- Teren 41.90km
- Czas 03:08
- VAVG 18.80km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Podlasie Egzotyczne - dz. 2: Knysze i Puszcza Knysz.
Wtorek, 7 kwietnia 2015 · dodano: 13.04.2015 | Komentarze 2
Trasa:Czechowizna - Knyszyn - Chraboły - Kopisk - Karczmisko - Czarna Wieś Kościelna - Czarna Białostocka - Jałówka (nr 1) - Supraśl
Ranek wstał pochmurny, ale silny wiatr z W szybko przegnał chmury. A skoro z W - to znaczyło sprzyjający powiew! :D Na początek koła skierowaliśmy z powrotem ku Knyszynu, celem oddania kluczy od chałupy - spotkany po drodze sympatyczny pan dziadek na rowerze posnuł przez chwilę opowieści o tym, jak jeździł na rowerowe pielgrzymki po całej Polsce i że pochodzi z Krakowa. W Knyszynie zaczęliśmy poszukiwania knysz - takich do żarcia nie znaleźliśmy, ale za to w miejscowej informacji tur miła pani informator obdarowała nas książkami pełnymi lokalnych opowieści pt. "Knysze" :) W ogóle sympatyczne nastawienie lokalnej ludności (i zwierząt!) do rowerzystów oraz brak asfaltu to chyba najbardziej charakterystyczne cechy wschodniego Podlasia - a przykłady tego mieliśmy w następnych dniach praktycznie codziennie!
Po dość pobieżnym obejrzeniu miasteczka (nie było czasu na więcej - musieliśmy dotrzeć najpóźniej na 16:00 do Muzeum Ikon w Supraślu! - z czego i tak nic tego dnia nie wyszło, ale mowa o tym będzie poniżej) ugrzęźliśmy na trochę na miejscowym kirkucie - niezwykle oryginalnym, bo założonym na groblach pomiędzy dawnymi sadzawkami królewskimi. Dzięki takiej kombinacji do dziś przetrwały i sadzawki - i cmentarz!
A potem zaczęły się charakterystyczne piaszczysto-żwirowe drogi, zastępujące w tych stronach boczne wiejskie asfalty - ciągnące się kilometrami pyło/błoto(w zależności od tego, kiedy ostatnio padało)strady - szerokości takiej, że 2-3 auta mieszczą się obok siebie. I taką właśnie pyłostradą dojechaliśmy do wsi Chraboły - chwila asfaltu - i znów żwirówką zagłębiliśmy się w Puszczę Knyszyńską. To prawdziwe ostępy - ponoć krajobrazem najbardziej z polskich lasów zbliżone do tajgi! Wśród wiekowych świerków i sosen rosnących na silnie pagórkowatym terenie jechało się z wiatrem szybko i przyjemnie - do momentu, gdy M. spadł łańcuch. Szybko naprawiliśmy, pogadaliśmy chwilę z kolejnym sympatycznym rowerzystą (z Białegostoku) - i zaraz ukazała się kolejna klimatyczna wioska - Kopisk położony na pagórkowatej polanie wśród lasów. Znów kawałeczek asfaltu - i kolejnych kilkanaście kilometrów szutru do zapadłej w lesie wsi - Karczmiska - z malowanymi drewnianymi chałupami. Potem nieco się ucywilizowało, bo dojechaliśmy do Czarnej Białostockiej - tu (na wjeździe) śródleśny zalew - a na przeciwległym krańcu miasta - fikuśna nowa cerkiewka. I znów lasy i lasy... Zamiast pojechać szlakiem rowerowym (pełno ich w Puszczy Knyszyńskiej i jej okolicy), postanowiliśmy skrótować wzdłuż torów dawnej leśnej kolejki, bo czasu było już trochę mało. Niestety - droga najpierw się zrobiła nie w tym kierunku, potem niewyraźna, a na koniec ugrzęzła w jakimś bagiennym śródleśnym rezerwacie - a my wraz z nią. Na szczęście jacyś miejscowi miłośnicy przyrody pokazali nam, jak wrócić na szlak rowerowy - ale w efekcie nie było już szansy tego dnia na Muzeum Ikon. Mimo to dojechaliśmy szutrami (m.in. przez kolejną klimatycznie zapadłą wioskę o nazwie Jałówka) do przedmieść Supraśla w miarę wcześnie - więc odwiedziliśmy (właśnie się zamykającą;) informację tur i zjedliśmy miejscowe specjały w restauracji, odprowadziliśmy rowery na naszą kolejną kwaterę (powitał nas czarny pudel z czerwonymi wstążkami w uszach o imieniu i nazwisku Dyzio), trochę je (znaczy rowery, a nie wstążki ani uszy) umyliśmy z puszczańskiego błota wężem ogrodowym - i ruszyliśmy na abarot pieszkom na niespieszną przechadzkę o zmierzchu po nastrojowym Supraślu - główna ulica pełna jest starych, ale ładnie odrestaurowanych drewnianych domków tkaczy, przy rynku pyszni się pałac Bucholtza, a kawałeczek dalej nad miasteczkiem góruje zespół klasztorny i ogromna obronna cerkiew, odbudowana niedawno ze zniszczeń wojennych. W ogóle pięknie odrestaurowany Supraśl (troszkę przypominający może nawet Kazimierz nad Wisłą) objawił nam się niczym perełka wrzucona między ostępy - całkiem nierzeczywiście prezentując się wśród wiekowej puszczy. Wracając już po ciemku obeszliśmy nadrzeczny pasaż - i kilka innych ciekawych miejsc - pod ratuszem spotkaliśmy miziastego kota z ogonem jak wiewiórka i sympatyczną panią, pod Domem Ludowym - jeża... Na kolację zaś spróbowaliśmy już na kwaterze m.in. lwowskiego piwa (bliższych, oprócz znanej nam Łomży w sklepie nie mieli;) Po czym złapały mnie w nogach takie skurcze, jakbym 100 lat na rowerze nie jeździł... Niedobrze!
Nowe gminy: Dobrzyniewo, Czarna Białostocka, Supraśl.
Kategoria 4. Dzień to za mało!, 5. Nieśpiesznie z M.:)
- DST 14.50km
- Teren 2.10km
- Czas 00:39
- VAVG 22.31km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Podlasie Egzotyczne - dz. 1: A kysz do Knysz!
Poniedziałek, 6 kwietnia 2015 · dodano: 13.04.2015 | Komentarze 12
Trasa:Od M. rowerowo na Uć W. (dalej pociągowo) - Wawa PKP - Siedlce PKP - Czeremcha PKP - Białystok PKP - Knyszyn PKP - (dalej rowerowo) Knyszyn - Czechowizna
Wiosenna majówka w kwietniu z M., czyli zaległy urlop z zeszłego roku postanowiłem spędzić na najbardziej zadupiastej części Podlasia. Jakem wymyślił - takeśmy pojechali!
Od rana w mieście Uć śnieżyło nieco, ale szybko dojechaliśmy na dworzec - i dalej z czterema przesiadkami pięcioma ciapągami trzech spółek kolejowych dotarliśmy w 8h do przedsionka dziczy, czyli na stację Knyszyn. Przesiadki były szybkie i sprawne, zaś konduktorzy: ucki - przemiły (pozwolił nam jechać w jedynce, mimo, że bilety opiewały na dwójkę, ale jedynka była ostatnia, więc tam właśnie wstawiliśmy rowery) oraz przedostatni (z Czeremchy) - bajarz-jajarz zagadujący każdego nomen-omen po kolei ;)
Po drodze się ładnie rozchmurzyło, ostatnie płachty śniegu znikły jeszcze przed Lipcami, a za Bugiem wyszło ładne słońce, więc po ostatecznym wysięściu z pociągu było miło, choć pod nieco przeszkadzający wiatr, a że z sakwami, więc nienajszybciej. Ze stacji Knyszyn dojechaliśmy do samego miasteczka, tam odebraliśmy klucze od domku agroturystycznego od pani właścicielki - i kilka kilometrów za miastem, we wsi nad Jeziorem Imienia Króla Ostatniego z Jagiellonów zalegliśmy na pierwszy nocleg - w stuletniej chacie, całej pustej i do naszej dyspozycji - włącznie z kominkiem i drewnem doń - i dobrze, bo było w środku na wejściu +8 stopni ;) Udało się jednak nagrzać chałupę do +24 stopni w kuchni i +17 w pokoju, więc tragedii nie było, a nawet bardzo miło i klimatycznie :)
Nowe gminy: Krypno i Knyszyn.
Kategoria 4. Dzień to za mało!, 5. Nieśpiesznie z M.:)
- DST 15.20km
- Czas 00:33
- VAVG 27.64km/h
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
PółUć odserwisowa dobrze posmarowana
Piątek, 3 kwietnia 2015 · dodano: 03.04.2015 | Komentarze 8
Na szczęście przestało śnieżyć, a silny wiatr z WNW skutecznie podsuszył wczorajsze błota. Tak więc po odebraniu Mojej Drogiej Merysi z serwisu (koszt, włącznie z nowymi oponami tego samego typu co poprzednio zamknął się w niecałych 500 zł), śmignęliśmy przeważnie z wiatrem do M. via pętelka - oraz najpierw dworzec PKP, gdzie kolejny wydatek - zakup biletów na nadchodzące wielkimi kołami nowe, egzotyczne przygody!A rower tak śmiga, że bez problemu rozpędziłem go na płaskim do 42 km/h :) - i to mimo niezbyt wygodnego plecaczka na plecach.
Kategoria 1. Only Uć
- DST 15.70km
- Czas 00:41
- VAVG 22.98km/h
- Temperatura 3.0°C
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Półuć doserwisowa z wielkimi wodami
Czwartek, 2 kwietnia 2015 · dodano: 02.04.2015 | Komentarze 0
Po kilku dniach wichrowo-opadowych szaleństw pogodowych dziś już musiałem ruszyć rowerowo - choćby z tego względu, że miałem od dłuższego czasu umówiony pozimowy przegląd w serwisie. Najpierw więc pojechałem dedeerówą do myjni, gdzie nieco Dziadówę doprowadziłem do stanu rozpoznawalności przy pomocy wielkich wód ;)Z myjni jak najmniejszymi błotami do serwisu - po drodze jeszcze jakaś mała pętelka po Pietrynie, bo byłbym za wcześnie - odwiedziłem przy okazji dość nowy sklep marki Salewa - a, jak mi i mało komu wiadomo, mój termos od 15 lat wciąż ten sam to właśnie Salewa, na cześć której ukułem kiedyś powiedzenie: "Salewa - dobrze się nalewa!" :D
Z Salewy w pierwszych płatach zadymki do serwisu - tam Meridzia ma spa do jutra - a ja na abarot już pieszkami i empekami załatwiając różne sprawy z powrotem do M.
W międzyczasie zrobiła się ogromna śnieżna zadyma - wiadomo: idą święta, musi być biało!;P Niestety - wszystko się od razu topi, więc kałuże jak stąd potąd!
Dzień bezsakwowy (bo do serwisu) - jeno plecaczek, dość obciążony. I pod wiatr - wciąż dość silny - z SW.
Kategoria 1. Only Uć
- DST 31.20km
- Czas 01:16
- VAVG 24.63km/h
- Temperatura 12.0°C
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Uć z godziną mniej na jedzenie
Niedziela, 29 marca 2015 · dodano: 29.03.2015 | Komentarze 6
Rano od M. via pętelka do p. na P. przy bocznym, umiarkowanym wietrze.Po południu z wiatrem do d. - a stąd z powrotem via pętelka do M. przy tylnym do przedniobocznego wietrze - znacznie wzmagającym się na sile.
Sakwy do d. wypchane grubym zimowym ciuchem, później lżejsze.
A ponadto dziś jest najsmutniejszy dzień w roku: w związku z koniecznością przestawienia czasu głodzinę do przodu - jest najmniej czasu na jedzenie! :(
Kategoria 1. Only Uć
- DST 14.20km
- Czas 00:34
- VAVG 25.06km/h
- Temperatura 6.0°C
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Półuć o wodzie
Sobota, 28 marca 2015 · dodano: 28.03.2015 | Komentarze 0
Rankiem bezopadowym MPK od M. do p. na P. po rowerzycę - popołudniem rowerowo po większych opadach (kałuże dość duże!) do M. Po drodze kompresor i dopompowanie tyłu - od razu Merysia zrobiła się bardziej Śmigaczewska, a że z wiatrem - więc i duża pętelka tradycyjna - i jeszcze dodatkowa mała wokół bloku M.Sakwy średnio zapchane.
Kategoria 1. Only Uć
- DST 12.80km
- Czas 00:36
- VAVG 21.33km/h
- Temperatura 9.0°C
- Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
- Aktywność Jazda na rowerze
Półuć w mleku
Piątek, 27 marca 2015 · dodano: 27.03.2015 | Komentarze 0
Rano od M. do p. na P. via pętelka w mgle i pod wiatr jednocześnie, więc średnia mizerna. W dodatku fala czerwonych latarń po drodze.Potem się rozlało (nie mleko, tylko deszcz), więc powrót MPK.
Sakwy dość ciężkie.
Kategoria 1. Only Uć



