Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Pan huann z miasteczka Uć w województwie uckim. Ma już przejechane na bs-ie 92663.70 kilometrów - w tym 3567.21 w sposób gruntowny! Przemieszcza się MERIDĄ Kalahari 500 (rocznik 2001) z prędkością zaskakująco średnią, bo wynoszącą 23.01 km/h - i się wcale tym nie chwali, jeno uprzejmie informuje.
Więcej o nim tu, a niżej BATONY NA BOCZKU ;)
2026 button stats bikestats.pl 2025 button stats bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl Zaliczone rowerowo gminy:

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy huann.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 100.34km
  • Teren 1.56km
  • Czas 04:09
  • VAVG 24.18km/h
  • VMAX 44.60km/h
  • Kalorie 1493kcal
  • Podjazdy 321m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Jambór w te i nazad

Wtorek, 9 listopada 2021 · dodano: 09.11.2021 | Komentarze 4

Po miesiącu jamborowego niebytu zaistniała dość pilna potrzeba zabrania resztek niepotrzebnych gratów z działki przed zimą, a przy okazji zawiezienia popranych po lecie lumpów i zebrania potencjalnych ostatnich grzybków. A że dzień krótki i noce zimne, więc trzeba było obrócić w te i nazad - i to najlepiej jeszcze za dnia. Kolejnym punktem na trasie (podczas powrotu) było jeszcze odwiedzenie ostatniego zaległego rodzinnego cmentarza - tym razem w Pabianicach.

Tak więc sporo srok do łapania za ogon naraz, a tu prawie niejeżdżone od miesiąca: to musiało się odbić na formie (czytaj: średniej), mimo intensywnego spacerowania (i psacerowania;) w międzyczasie. No, ale to trochę inne mięśnie i w ogóle.

Tak więc dosyć wczesnym rankiem, korzystając z dość dobrych prognoz (jak na listopad) ruszyłem. Miało wiać z tyłoboku (E do SE) do południa, a potem z S (czyli generalnie w plecy - na abarot). Wiatr okazał się niezbyt silny, ale właściwie z SE do S, więc pierwsza połowa trasy bardziej pod niego niż z nim. Jechało się zatem, można rzec - kłapciato ;)

Po dojechaniu na miejsce okazało się, że działka zasypana jest mnóstwem gałęzi po jakimś większym wietrze - więc sprzątanie zamiast odpoczynku. Ponadto trzeba było zgrabić igliwiowe naleciałości z dachu, przepchać rynny, zamieść ze sterty liści taras (żeby na zimę nie zostały i nie gromadziły wilgoci), wciągnąć stół pod dach etc. Ponadto sprzątając chrust znalazłem 4 chyba już ostatecznie ostatnie tegoroczne kurki :) Na wszystko miałem raptem 1,5h - i tyle mi właśnie zleciało do wyjazdu.

Trasa powrotna inna niż zwykle, bo przez Drzewociny i Ślądkowice - w tych pierwszych skończyli asfalt (wcześniej brakowało jakieś 600 metrów, więc miło, że już  nie szutr). W Róży powrót na trochę na zwykłą powrotną trasę, dałem jednak na chwilę w bok, by sfocić zabytkową leśniczówkę. Miejsce malownicze, do drewnianego budynku prowadzi alejka brzozowa, którą właśnie... wycinają. Ręce opadają ;(

Szybko zatem stamtąd zawróciłem obiecując sobie, że więcej tam moje koła nie postaną, mimo rozlicznych tablic edukacyjnych nadleśnictwa, jak to wspaniale jest w ich lesie i jak bardzo ważne jest, by nie niszczyć przyrody. Później było na szczęście(?) bardziej rozrywkowo, bo znalazłem miejsce, gdzie wsiowa kostkowa dedeerówa ma dwa... progi zwalniające. Ale to nie przez rowerzystów, tylko samochodzistów, którzy w tych miejscach mają poduszki berlińskie i ponoć często je omijali rowerówą. Ja bym na takie rozwiązanie nie wpadł (wystarczyłyby w zaistniałej - i tak już rowerowo bezsensownej - sytuacji dwa słupki), no ale ktoś "pomyślał" - teraz rowerzysta, by nie podskoczyć na progu założonym z "myślą" o kierowcach ma do wyboru: zjechać pod prąd na jezdnię obok poduszki berlińskiej, albo na chodnik. Pysznie :D

Za kawałek zaczęły się Pabianice - i ostatni cel dzisiejszej przejażdżki, czyli dwa rodzinne groby. Całkiem zrobione na nowo, jak się okazało. Z jednego z nich zniknął blisko czterdziestoletni kobierzec z bluszczu, który posadziła moja mama - w zamian wszystko z czarnego kamienia włącznie z ławką. Proszę mnie nie pytać czy to moja sprawka (nie, nie moja - i to nie ja będę sobie latem na czarnej kamiennej ławeczce 4 litery odparzać).
Ech :(

Z Pabianic prawie prosto do domu - prawie, bo jeszcze zakręciłem nad dawno niebywały Bielicowy Staw - i już całkiem o zmroku, rzutem na taśmę robiąc założoną na dzisiaj setkę (siódmą - i kto wie, czy nie ostatnią w tym roku) wróciłem do chałupy. Plan zatem (we wszelkich, nie tylko rowerowych aspektach) - wykonany!

Trasa zaś wyszła w kształcie wychudzonej i pozbawionej kończyn jakiejś mrówy ;)



  • DST 25.77km
  • Teren 0.04km
  • Czas 01:05
  • VAVG 23.79km/h
  • VMAX 44.30km/h
  • Kalorie 392kcal
  • Podjazdy 92m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Uć z prezentacjami

Sobota, 6 listopada 2021 · dodano: 06.11.2021 | Komentarze 0

Z zaległymi prezentami (jeszcze lubelskimi oraz z Helu) do mamy i na abarot (z przetworami pomidorowymi i gołąbkami).
Wiała zimna nieprzyjemność z SW (z powrotem już nie taka znowu nieprzyjemność;)

No i wreszcie mi się przypomniało, że od wieków miałem w planie sfotografować będący zawsze po drodze dawny dworek fabrykanta Plichala, co niniejszym dziś uczyniłem.

Kategoria 1. Only Uć


  • DST 10.14km
  • Czas 00:30
  • VAVG 20.28km/h
  • VMAX 33.40km/h
  • Kalorie 181kcal
  • Podjazdy 38m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Uć cmentarna

Środa, 3 listopada 2021 · dodano: 03.11.2021 | Komentarze 6

Po blisko dziesięciu dniach spędzonych bezrowerowo na Helskiej Mierzei i okolicy z M. i psem (były za to piesze wycieczki - łącznie wyszło blisko 200 km-ów! Piesek zrobił 94 kilometry, a ja samotnie m.in. dwa spacerowe maratony: z Pucka do Gdyni klifami i bagnami oraz z Władysławowa do Helu plażami i lasami: wszystko ilustrowane ponad sześciuset zdjęciami na STRAVIE i FB) - dziś powrót do szarej, rowerowej rzeczywistości: pojechaliśmy z M. na jej rodzinne groby ze spóźnionymi pierwszolistopadowymi odwiedzinami. Po drodze władowaliśmy się w rozkopy pod uckie "metro", co nas dość skutecznie przyhamowało. Miasto, kwa! :/



  • DST 138.36km
  • Teren 0.48km
  • Czas 04:59
  • VAVG 27.76km/h
  • VMAX 62.50km/h
  • Kalorie 2366kcal
  • Podjazdy 295m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wawa niespodziana

Piątek, 22 października 2021 · dodano: 22.10.2021 | Komentarze 5

Miało już nie być w najbliższych dniach rowerowania, a tu rzutem na taśmę zdarzyła się idealna wichurka, by pofrunąć na cmentarzyk pod Wawą i ogarnąć co trzeba przed 1.11. Ostatnio chyba równie często odwiedzam nieżywą, co żywą część rodzinki - widać to już niestety ten wiek.. ;)

Zasuwało się wyśmienicie - również dzięki świeżo wyczyszczonemu napędowi; pierwsza połówka trasy (bez postojów) do Nieborowa ze średnią 29,1 km/h na 63 km-ach. Potem wiatr zaczął się robić nieco bardziej południowy, a brak zjazdów (co zjazdy plus wicher dziś dawały - patrz Vmax, drugi w historii Meridy i najlepszy od 14 lat!) sprawiły, że ostateczna średnia na ponad 133 km-ach na Dworzec Zachodni wyszła 28. W sumie nie pamiętam kiedy ostatnio tak mi się świetnie na tej trasie śmigało!

A po drodze piękna jesień, próbny powrót do starej opcji trasy za Błoniem (czyli dedeerówa przez Rokitno, a nie Kopytów), ogarnianie grobu i emocje w kolejce na dworcu, czy zdążę na wcześniejszy pociąg, czy też będę kwitł kolejną godzinę, co w kontekście zapowiadanych na wieczór opadów było kwestią nie bez znaczenia. Ale w ostatniej chwili udało się! :)

Trasa do Wawy:
https://strava.app.link/JBGHMUw5ykb

Po opuszczeniu pekapu myk do kasy po bilety na jutrzejszy poranny wyjazd z M. i psem, a potem już tylko z uckiego dworca do domu najkrótszą opcją, bo lada chwila miało zacząć padać, co też nastąpiło kwadrans po przyjeździe. To się nazywa synchronizacja! :)



  • DST 33.96km
  • Teren 0.08km
  • Czas 01:29
  • VAVG 22.89km/h
  • VMAX 45.10km/h
  • Kalorie 556kcal
  • Podjazdy 126m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Uć sprawunkowa

Środa, 20 października 2021 · dodano: 20.10.2021 | Komentarze 2

Dom - myjnia (zmyć z Mery lessowe błoto spod Lublina) - dom - do mamy (obdarować cebularzami od Sarzyńskiego) - dom.
Wiała wścieklizna z SW: przy takim wietrze staram się nie jeździć nawet po mieście jak nie muszę. No, ale musiałem :)

Teraz czas znów się pakować w podróż - tym razem bezrowerową - za to z-eM.-ową i zpsową, więc rowering chyba dopiero w listopadzie.

Kategoria 1. Only Uć


  • DST 101.96km
  • Teren 0.30km
  • Czas 04:21
  • VAVG 23.44km/h
  • VMAX 47.90km/h
  • Kalorie 1521kcal
  • Podjazdy 325m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Lublinie - nie!

Wtorek, 19 października 2021 · dodano: 20.10.2021 | Komentarze 6

No i trzeba było powiedzieć temu Lublinie - nie!

Wystartowałem od chwilami wręcz zbyt gościnnej rodzinki (dodatkowe kilka kilogramów rowerowych ciuchów w prezencie i torba pączków...) po 10.00 w aurze podeszczowo-mgławkowej ("a w tej plucho-mgławce pławią się pratchawce"). Trasę obrałem zgodnie z wujaszkowymi sugestiami (jak to dobrze mieć życzliwego i dobrze zorientowanego rowerowego lokalsa!) - i nie żałowałem, choć finalnie ominąłem planowany wcześniej Nałęczów. Zamiast tego (i wąskiej, ruchliwej drogi na Puławy) miałem bardzo dobrą, lub wręcz rewelacyjną plątaninę wsiowych asfaltów. I jak to bywa z plątanką - zaraz je poplątałem, choć poprawiłem się - o,szibko! ;)

Jechałem więc najpierw zazwyczaj pod górki przez Palikije i Wojciechów (gdzie w pewnym momencie przebiegło mi przed "maską" stadko kilkunastu dzików). Potem, tuż przed Kazimierzem pojawiły się świetne zjazdy, a pogoda się zdecydowanie poprawiła - w Niezabitowie, gdzie mogłem się zabić, a się nie zabiłem o mało widoczną poprzeczną szynę (dzięki wuju za dobrą radę w tym względzie!) wyszło słonko. Byłem już jednak wtedy dość mocno ubłocony i zgrzytający przerobiwszy chwilę wcześniej roboty drogowe (jazda na zmianę po parującym asfalcie wśród walczyków oraz błotem pobocza). Ponadto wraz ze słońcem zjawił się na łysych, długich (choć niezbyt stromych) podjazdach Wyżyny Lubelskiej boczny wiatr z S, który wcale, ale to wcale nie pomagał. W luźnych planach przedkazimierskich miałem jeszcze Męćmierz, ale jak zobaczyłem trylinkę pod górę, to zaraz mi przeszło ;)

A Kazimierz jak to Kazimierz: brukowana perełka ;) W centrum krótki postój celem zakupu kultowych cebularzy u Sarzyńskiego, rynkowanie minut pięć - i już byłem u kolejnych wujków (bardzo tym razem nierowerowych;), którzy tam mieszkają. Ale zaprosili na obiad, gdy się dowiedzieli, że będę przejazdem, więc w rowerowych zabłoconych ciuszkach wparowałem na salony ;) Jednak było tak miło (pewnie głównie mi;), że przesiedzieliśmy, przejedliśmy i przegadaliśmy ze dwie godziny. W końcu czas mnie zaczął gonić, bo bilety na powrót miałem z Dęblina, 4 dychy przed sobą, do zmroku 2 h. A w planach jeszcze pałacowy park Czartoryskich w Puławach. Na szczęście zrobiło się z wiatrem (dolina Wisły robi swoje), więc wkrótce już spacerowałem z Mery (jeździć się po świeżo wyżwirkowanych alejkach nie da) po pięknie pozłoconym jesienią puławskim parku.

Z Puław na Dęblin (czyli de facto na Warszawę) główną trasą - ruch niewielki odkąd jest ekspresówka z Lublina, choć kierowcy mijali mnie zapewne setnie rozpędzeni ;) Po drodze krótki skok w bok (i jednocześnie skrót) do wsi Gołąb - celem było obejrzenie od zewnątrz (na nic innego nie było czasu) Muzeum Dziwnych Rowerów - Mery zapewne poczuła się, jakby spotkała przodków i kuzynów ;) Na muzealnym podwórku-graciarni trwało właśnie oprowadzanie grupy dzieciowej przez pana dziadka-właściciela, a że czytałem w internetach o tym, że trwa to zazwyczaj ze 3 godziny (z czego pierwsze dwie mało dotyczą rowerów, a bardziej są dygresjami o wszystkim i niczym), więc tym chętniej uciekłem do Dęblina.

A w Dęblinie zaczęły się przygody: miałem jeszcze ponad godzinę do pociągu (i jakiś kwadrans do zachodu słońca), więc postanowiłem wyjechać za miasto zaliczyć dziewiątą nową gminę tego dnia. A tu rozkopy i błota takie, że szkoda gadać. W znoju i błocie zaliczyłem nieszczęsną Stężycę - i wio na pociąg. Ledwo wlazłem do poczekalni z rowerem, a automat z kawą zeżarł mi dodatkową złotówkę. Wtedy napatoczył się cieć i mnie wywalił na dwór, bo "z rowerem nie wolno" i to mimo tego, że miałem bilet. Po dziewięciu dychach nie chciało mi się już glińdzić o niczym, więc czas do mego połączenia o wdzięcznym imieniu "Oleńka" spędziłem podmarzając na peronie.

Ledwo wsiadłem, a tu nowy zonk: na moim miejscu i sąsiednim rozsiadła się Rodzina Roma-ntyczna (model 2+5), więc drogę do Wawy (gdzie miałem przesiadkę) spędziłem na byciu czujnym: już raz tacy mnie okradli z pompki rowerowej :/ Skutkowało to taką jeszcze komplikacją, że do WC też nie było jak się udać. Czas umilił ponadto pijany Rosjanin, który najpierw porykiwał, a potem się zerzygał - na szczęście niesłychane w rzeczonym WC, a nie na mój rower tuż obok... Biedna "Oleńka"!

W Wawie kolejne wymarzanie na Zachodniej - wsiadam do pociągu na Uć, a tu kilkoro cudzoziemców rozsiadniętych pod hakami na rowery. Dałem sobie na luz i resztę podróży siedziałem trzymając Mery w garści - skutkowało to oczywiście nadal niemożnością pójścia choćby umyć ręce - a wracałem wszak z Ogólnopolskiego Centrum Dystrybucji i Krzewienia Kowidka im. Siostry Niepokłój, więc generalnie słabo, zwłaszcza, że jeszcze musiałem przedyskutować lokalizację roweru w przestrzeni korytarza z konduktorką. Prawda, że ciekawe, że przyczepiła się mnie, a nie podhakowych cudzoziemców?

Na koniec jazdy pociągiem ambicje wzięły górę nad zwykły zdrowy rozsądek i koszmarne zmęczenie tym wszystkim (oraz intensywnością dni poprzednich) i wysiadłem na Widzewie, by zamiast pięciu zrobić kilometrów jeszcze 10 i w ten sposób wymęczyć setkę. Oczywiście jak zwykle władowałem się w maliny - okazało się, że jest awaria ulicznego oświetlenia i jechałem cokolwiek po omacku. Gdyby nie to, że znam trasę na pamięć (włącznie z zakrętami dederówy pod kątem prostym, gdy na wprost jest nagle drzewo), to chyba bym już wsiadł z rowerem do miejskiego autobusu. A tak... dawno nie byłem taki szczęśliwy, że wreszcie wróciłem do domu ;)

Gminobranie - nowe gminy:
- Konopnica
- Wojciechów
- Poniatowa
- Karczmiska
- Kazimierz Dolny
- Puławy miasto
- Puławy wieś
- Dęblin
- Stężyca.

Przy okazji wpadła piąta setka na 5000 kilometrów w tym roku.
Hm, dobre i to.

Trasa Lublin - Dęblin z fotkami: https://www.strava.com/activities/6136492636



  • DST 38.76km
  • Teren 3.10km
  • Czas 01:49
  • VAVG 21.34km/h
  • VMAX 45.70km/h
  • Kalorie 643kcal
  • Podjazdy 146m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Lub Linienie ;)

Poniedziałek, 18 października 2021 · dodano: 18.10.2021 | Komentarze 4

Wczoraj miało być rowerowanie, ale trafiła się okazja, by pojechać na działkę rodzinki nad Jeziorem Piaseczno na Polesiu Lubelskim - co prawda autem, bo nie było tyle czasu, by zrobić to rowerowo, ale za to z dwoma wujkowymi psami: z 3 h spędzonych w tym zacnym gronie przez dwie pomogłem ogarnąć działkową pergolę z winogronami przed zimą (sekatorowe szaleństwo;), zaś ostatnia godzinka to niespieszny psacer wokół malowniczego jeziora przez jesienny las: normalnie Polesia czar! Tutaj trasa psacerowa z szaroburymi pogodowo fotkami:

https://strava.app.link/We8AqOiWskb

W drodze powrotnej w sumie zabawna przygoda: podczas gwałtownego hamowania jeden z piesków siedzących z tyłu wujkowego auta typu kombi wylądował w skrzynce z winogronami: większość zbioru uległa daleko idącej dewastacji, psie łapy zabarwiły się na kolor sugerujący jakąś ciężką jatkę, zaś z owocu wypłynęła chyba szklanka soku... wszystko to się okazało dopiero przy wysiadaniu, więc zaskok był niemały :D Psu oczywiście nic się nie stało, ale czyszczenie auta i zwierzaka trwało dobry kwadrans.

To tyle z wczoraj - na nic więcej już czasu nie było ze względu na popołudniowe spotkanie rodzinne, zatem dziś musiałem zrealizować pierwotnie plany dwudniowe: ogarnąć cmentarz i skoczyć rowerowo nad lubelski Zalew Zemborzycki. Pogoda na szczęście sprzyjała: wiał co prawda dość silny wiatr z W, ale dzięki temu chwilami całkiem ładnie się wypogadzało. Dzień zatem zacząłem od jesiennego cmentarza:

https://strava.app.link/jKBAxKWTskb

A wczesnym popołudniem dałem w długą nad Zalew. Po drodze jeszcze szybka wizyta na dworcu, by kupić bilety na jutrzejszy pociąg (niekoniecznie z Lublina, bo jeszcze są pewne podlubelskie plany rowerowe), a potem już tylko lepszymi (częściej) lub gorszymi dedeerami przez miasto, a dalej całkiem relaksacyjno-krajoznawczym tempem wokół Zalewu - najpierw lasami, potem przeważnie asfaltową drogą rowerową, wreszcie (wzdłuż zachodniego brzegu i dalej obok Bystrzycy) niestety kostkostradą. Jakoś jednak przecierpiałem, bo widoki ładne: las gubi liście (Lub Linieje;) a rzeczka malowniczo wije się wśród łąk i krzaków nim dopłynie do centrum. I tak, klucząc specjalnie lub przypadkiem tam i siam wróciłem na kwaterę. Na trasie spotkała mnie tylko jedna niefajna  przygoda - na szczęście bez unhappy endu: gdy zjeżdżałem (na jej końcu) z jednej z doskonałych rowerowych asfaltówek na jezdnię, wpadłem nagle na jej skraju w wyrwę - miejsce po obramowaniu z kostki, którą coś najwyraźniej zeżarło. Takiej dzikości Meridy już od dawna nie przećwiczyłem: zachowała się jak rasowy mustang i w jednej sekundzie byłem na środku jezdni w jej poprzek - na szczęście nic nie jechało, a ja jakimś cudem zapanowałem nad znarowioną rowerzycą pozostając na siodełku. Ale mało brakowało do czegoś znacznie gorszego...

Dzisiejsze rowerowanie z mnóstwem fotek:
https://strava.app.link/DFoR9CqWskb

A jakby było mało wrażeń: tuż po powrocie kolejna wycieczka "z buta" - tym razem do studiów: radiowego i telewizyjnego, gdzie pracuje ciocia - oraz na pizzę! :))

https://strava.app.link/IuMBIaBWskb

Zaś rowerowe kubeczki ze zdjęć - wiadomo, wujkowe ;)



  • DST 9.42km
  • Teren 0.01km
  • Czas 00:28
  • VAVG 20.19km/h
  • VMAX 37.10km/h
  • Kalorie 194kcal
  • Podjazdy 65m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Lublinienie

Sobota, 16 października 2021 · dodano: 16.10.2021 | Komentarze 4

Zbliżający się powoli, acz nieubłaganie 1 listopada sprawił, że zaistniała konieczność wyskoku na kilka dni do Lublina celem odwiedzenia i uporządkowania niebywałych przeze mnie od prawie 3 lat rodzinnych grobów. Co prawda lubelska rodzinka czuwa w tej kwestii na posterunku, ale przecież trzeba im choć od czasu do czasu pomóc!

Niniejszym spakowałem sakwy po dziurki od klamerki i ruszyłem - najpierw z domu na pekap, a po 3,5 h dość komfortowej jazdy - już po Lublinie do rzeczonej rodzinki. Pierwotnie w planach miałem nocleg w hotelu nad malowniczym tutejszym zalewem w lesie, ale gdy rodzina się o tym dowiedziała - mowy nie było! ;)

Tak więc jutro z okazji niedzieli wycieczka rowerowa nad rzeczony zalew i wcześniej umówione wieczorne pogaduchy z innym odłamem krewnych, a w poniedziałek - cmentarz. Jakkolwiek to brzmi albo nie brzmi ;)



  • DST 53.76km
  • Teren 1.37km
  • Czas 02:10
  • VAVG 24.81km/h
  • VMAX 48.20km/h
  • Kalorie 882kcal
  • Podjazdy 208m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z Jamboru

Poniedziałek, 11 października 2021 · dodano: 11.10.2021 | Komentarze 8

Wczoraj wybrałem się na maślaki - nazbierałem 128 sztuk (z czego jeden na samej działce - ewenement dotąd niespotykany - czyżby efekt wyrzucania resztek po obieraniu?), ale ostatecznie tylko 37 okazało się być nierobaczywymi. Cóż - dobre i to :)

A dziś zagrałem z grzybami vabank - i niestety sromotnie i bezwstydnie przegrałem: mając dość obierania robaczywych maślaków ruszyłem na podgrzybki i kurki. Łaziłem 1,5 h - nic! Ani jednego grzyba :(

Powrót z Jamboru nieco inną trasą niż zazwyczaj, bo szutrowym skrótem przy S8. Wiało niezbyt silnie, niby z W (tyło-bok), ale tyleż samo z góry, więc jechało się ślamazarnie. W Pabianicach korki większe niż zazwyczaj dodatkowo popsuły średnią.

Bilans 3 dni grzybo(nie)brań:
- maślaki: 144 (43 dobre);
- kurki: 2 (obie dobre).
Jest chyba nadal za sucho - i zwłaszcza zbyt zimno: nocą było około zera, a w domku rano - ledwo osiem na plusie...



  • DST 47.07km
  • Teren 0.07km
  • Czas 01:52
  • VAVG 25.22km/h
  • VMAX 46.10km/h
  • Kalorie 700kcal
  • Podjazdy 135m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Do Jamboru

Sobota, 9 października 2021 · dodano: 09.10.2021 | Komentarze 2

Na działkę już chyba po raz ostatni w tym roku, jeśli chodzi o nocowanie i grzybobranie: noce są zdecydowanie za zimne, a w kwestii grzybowej jest dodatkowo zwyczajnie za sucho.

Jazda zwykłą trasą:
https://strava.app.link/pg4XT7xCdkb

Słonecznie, ale wiał porywisty wiatr wprost z E, czyli czasem tylny (miodzio), a czasem boczny (niemiód - zwłaszcza na Pabianickich Górkach). Z atrakcji: rowerowy dziadzio "Anglik" w wiejskim wydaniu dzielnie sunący pod prąd lewą stroną pobocza - ponieważ miałem pod słońce, dostrzegłem go w ostatniej chwili. Wyjaśniłem mu sprawę w przelocie, ale chyba (jak to Anglik) nic nie pojął...

A w Jamboru godzinkę przed zmrokiem pieszy rekonesans (przed)grzybowy - efekt: 16 maślaków (z czego tylko 6 dobrych).

https://strava.app.link/P8WlSilDdkb

Ale jutro też jest dzień :)