Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Pan huann z miasteczka Uć w województwie uckim. Ma już przejechane na bs-ie 91894.71 kilometrów - w tym 3546.39 w sposób gruntowny! Przemieszcza się MERIDĄ Kalahari 500 (rocznik 2001) z prędkością zaskakująco średnią, bo wynoszącą 23.01 km/h - i się wcale tym nie chwali, jeno uprzejmie informuje.
Więcej o nim tu, a niżej BATONY NA BOCZKU ;)
2025 button stats bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl Zaliczone rowerowo gminy:

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy huann.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

2. Opłotki, czyli mniej niż seta

Dystans całkowity:45032.94 km (w terenie 1726.09 km; 3.83%)
Czas w ruchu:1900:14
Średnia prędkość:23.70 km/h
Maksymalna prędkość:62.80 km/h
Suma podjazdów:150222 m
Maks. tętno maksymalne:184 (102 %)
Maks. tętno średnie:172 (93 %)
Suma kalorii:883977 kcal
Liczba aktywności:1011
Średnio na aktywność:44.54 km i 1h 52m
Więcej statystyk
  • DST 38.03km
  • Teren 2.52km
  • Czas 01:31
  • VAVG 25.07km/h
  • VMAX 46.98km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Kalorie 1602kcal
  • Podjazdy 260m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Uć odserwisowa i Opłotki DoKlęSk-owe dość przepiękne

Poniedziałek, 16 października 2017 · dodano: 16.10.2017 | Komentarze 5

Po tygodniu z M. i psem pieszego hulania po złotej o tej porze roku Jurze (100 km piechotą chodzi;) nastał przysłowiowy poniedziałek. Na szczęście okraszony przepiękną wyżową pogodą (nie mogło tak być tydzień wcześniej?!) oraz perspektywą odbioru Meri z serwisu. Co też nastąpiło w godzinach wczesnopopłudniowych, ale musiałem jeszcze wrócić do p., by wreszcie o 16.00 móc ruszyć w wyjątkowo wręcz upalną złocistość jesienną testować poserwisową śmigaczewskość Merysi.
Poleciałem więc sobie najpierw stałą trasą z miasta na NE - na rondku w Sosnowcu skręciłem DoKlęSk (czyli na Dobrą, Klęk i Skotniki;), by przedrzeć się o pierwszym zmierzchu przez Łagiewnicki Las, sfocić o zmroku Arturówkowe Stawy - i powrócić kwadrans po zachodzie słońca w domowe pielesze. Trasa TuTu ;)
Meri lśni nowym siodełkiem (i nawet niemal nie odczułem różnicy co do wygody - a stare się starło, zdarło i wytarło oraz podarło), a także świeżymi gumami (podobne do poprzednich, tylko nieco inny wzór), tudzież nowym łańcuchem i spiłowanymi zębiskami. Że o sterach, piaście i różnych drobiazgach nie wspomnę. Bardzo kosztowny remont wyszedł :/ Ale za to, gdyby mi dziś zależało, mógłbym w warunkach pętelkowych (przy drugiej części trasy bardziej pod wiatr) próbować ustanawiać nowe rekordy prędkości - ale ponieważ pogoda taka, że nie było się po co spieszyć, a i parę fot na Reliszkę trzeba było trzasnąć - i coś tam terenowo dorobić, to jechałem sobie na luzach, zadowalając się zjazdem z górki z prędkością rzędu blisko 47 km/h. Byłoby szybciej, ale miałem nieco niewygodny plecaczek zamiast sakw w związku z odbiorem roweru z serwisu.
Jutro ciąg dalszy testowania ;)


  • DST 96.68km
  • Teren 4.05km
  • Czas 03:39
  • VAVG 26.49km/h
  • VMAX 41.51km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Kalorie 4162kcal
  • Podjazdy 452m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dość szybki Jambór

Niedziela, 1 października 2017 · dodano: 01.10.2017 | Komentarze 10

Prognozy ładne, niedziela wolna, działka jamborowa nieodwiedzana od hu-hu... Cóż było robić - trzeba było śmignąć. Pretekstem miały być grzyby, ale wczoraj ubiegła mnie moja własna matka, która z samej działki (działka leśna) o wymiarach 30x30 m zebrała... 5 kg. No trudno;)

Ruszyłem zatem późnym rankiem z początku dosyć leniwie, obiecując sobie, że w sumie nie mam się już do czego spieszyć. Wiaterek powiewał dość niemrawo z lewego boku (SE). I tak sobie jechałem stałą trasą póki co - w słoneczku i kolorach jesieni - najpierw przez Uć. Tuż za miastem dogoniłem jakiegoś starszego Szoszona - i depnąłem mu na ambicję wyprzedzając go pod dość stromą górkę - pierwszą z tzw. Górek Pabianickich. Doczepił się do mnie z tyłu (pewnie robiłem sakwami nieco wypchanymi działkowo nie najgorszy korytarz powietrzny) - tuż przed szczytem odskoczył do przodu wołając, że "nieźle, nieźle, ale się chyba zgrzałem!" Jaaa? No dobra, trochę mi zaczął znikać, ale tym razem to on mi nadepnął na ambicję ;) Nie dogoniłem go co prawda na zjeździe pierwszym, ani na górce drugiej, ani nawet na drugim zjeździe (wiadomo, co semi-slicki i bagaż to nie latanie jak piórko na kolarce), ale już na trzecim podjeździe - i owszem! :D Chyba jednak dał mi jakieś fory - inaczej nie sposób tego wytłumaczyć;) Docenił moje sapania z tyłu - i odtąd następną górkę (wiaduktową nad S14) i zjazd pokonaliśmy razem. Na koniec (skręcał na Żytowice, a ja na Pabianice) życzył mi, żebym założył... czapkę. Chyba chodziło mu o orzeszek zwany kaskiem. Dowcipni ci szosowcy :D

A potem postanowiłem zaryzykować - nie z łupiną na głowinie (bo takowej łupiny nie posiadam), ino z pojechaniem trasą na Dobroń - i potem na Ldzań, gdzie ostatnio (czyli chyba na wiosnę) władowałem się w straszliwe rozkopy i inne ruchy wahadłowe z sygnalizacją polną. A jest to najkrótsza opcja na działkę na tym odcinku - oszczędzająca 6-8 km. I przegrałem - kilometrażowo (bo na koniec nie trzasnęła stówka), ale za to wygrałem prędkościowo! - bo szosa zrobiona, gładka jak stół, szeroka jak autostrada, a pusta - jak lotnisko w mieście Uć! :D

A na koniec przed działką już tradycyjnie 1,5 km terenu, gdzie omal nie zgubiłem na dziurdziołach sakwy (odpadł haczyk, ale odnalazłem) - i byłem w miejscu po grzybach ;)

TomTom poranny: Do Jamboru

Relive poranny: Do Jamboru

Na działce generalne porządki tarasowo-igliwiowo-rynnowo-gałęzisto-miotłowe, mycie Merysi wężem i smarowanie, zbieranie resztek grzybów (3 podgrzybki, 21 kurek), wreszcie godzinna przechadzka po lesie i nad wezbraną i częściowo wylaną na łąki rzekę - znalazłem jednego sitaka, ale był pełen robali – i już trzeba było się zwijać, by się przed nocą do domu wyrobić. Zakręciłem jeszcze wodę, żeby ewentualne przymrozki nie zrobiły szkód. Żegnaj Jamboru – do następnego szybkiego!

Powrót zaś nieco popętelkowany, żeby kilometrów choć trochę jeszcze ponabijać – a więc via Karczmy asfaltem, a potem m.in. pod Różę (podróże zawsze pod wiatr!) – i na koniec jeszcze, by popsuć;) sobie dokumentnie średnią 27+ terenowa pętelka wokół Bielicowego Stawu. Akurat wiało znad pobliskiej sortowni odpadów, więc olfaktorycznie było to jak uroki roztaczane przez jakieś zwłoki :< Tak mnie to osłabiło, że ostatnie 10 km już bardzo umiarkowanym tempem przez miasto – i 8 minut po zachodzie słońca dobiłem do chaty. Oczywiście mogłem na siłę jeszcze dokręcić kilka km-ów, by była stówka – ale obiad wzywał, a jak wiadomo – są priorytety – i Priorytety!

TomTom popołudniowy: Z Jamboru

Relive popołudniowy: Z Jamboru




  • DST 44.63km
  • Teren 1.82km
  • Czas 01:49
  • VAVG 24.57km/h
  • VMAX 40.75km/h
  • Temperatura 21.0°C
  • Kalorie 1917kcal
  • Podjazdy 268m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Uć z Dobrymi Opłotkami

Czwartek, 28 września 2017 · dodano: 28.09.2017 | Komentarze 8

Dziś rankiem rześkim (+8*C, więc gacie już ¾ i bluza z długim rękawem) do p. jak zazwyczaj.
A po południu ciąg dalszy wykańczania września – tym razem w opłotki nie południowe – a północne, bardziej pagórkowate. Wiatr nadal silny - z SE, więc właściwie w każdą stronę był boczny – raz bardziej w mordę (wtedy było za to zazwyczaj z górki – czyli +/- do Dobrej), raz tylno-boczny (od Dobrej do Lasu Łagiewnickiego). Specjalnie pojechałem w taki sposób, bo odcinek przez Las był pod wiatr, ale ze względu na zaciszność nie odczułem tego jakoś tragicznie. Ot, taktyka ;) Zapłaciłem za to w średniej prędkości wolniejszymi odcinkami terenowymi – a maksymalna prędkość ustanawiana jak zwykle w tych okolicach na ulicy Stryjkowskiej w granicach 43-48 km/h dziś dobiła ledwie do czterdziestki. Ano – coś za coś. A na koniec jeszcze ładny zachód słońca nad Arturówkowymi Stawami.
Atrakcją ludzką okazali się natomiast jedni mądrzy inaczej, którzy na ciągu pieszo-rowerowym zaparkowali na połowie szerokości auto, a na drugiej połowie stali i gadali. Bardzo się oburzyli, że im śmiem zwracać uwagę, bo przecież „piesi mają tu pierwszeństwo”. Powiedziałem grzecznie, że to nie parking i zostawiłem ich z pianami na pyskach. Ich piany – ich problemy ;) Następnym razem tradycyjnie rozjadę i będzie wielkie aj-waj. Zły rowerzysta, złyyyy.
Sakwy dziś mocno napchane różnymi bzdetami, więc w ogóle jechało się z mniejszym polotem niż wczoraj; tradycyjny filmik drogi (choć bezpłatny;) z dzisiejszego popołudniowego kręcenia Skrzypu skrzyp; Tomtomowe Ciachciarachciach - proszę uprzejmie.



  • DST 48.61km
  • Czas 01:56
  • VAVG 25.14km/h
  • VMAX 35.50km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Kalorie 2095kcal
  • Podjazdy 181m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Uć z Rudymi Opłotkami

Środa, 27 września 2017 · dodano: 27.09.2017 | Komentarze 6

Rano tradycyjnie z domu do p.
A po południu, mając nienasycony wrześniowy głód nienakręconych pustych kilometrów donikąd wio starymi trasami: najpierw tak, jak kiedyś jeździłem z p. na P. do starej chaty M. centralnie pod nielichego ESE-smana ponad 10 kilosów, stamtąd już z wiatrem tak, jak to kiedyś jeździłem do p. na L. via Rude Opłotki (i Imponderabilia), a z kolei(n) od ul. Dennej (przeważnie boczny wiatr) koło równie dawnej p. na K. - do domu.
Dziś niestety oprócz wiatru rządziły korki - zarówno w centrum na dedeerówie relacji zachód-wschód, jak i szczególnie katastrofalny dla średniej korek na ul. Tomaszowskiej - zdesperowany jazdą 5 km/h i niemożliwością ominięcia stojących na przestrzeni ok. kilometra ciężarówek i autobusów (tak wąsko, że z sakwami miałbym problem) zrobiłem coś, czego właściwie nigdy nie robię: pojechałem 20 na godzinę dziurawym chodnikiem. Trochę pomogło.
A potem m.in. krótki postój na Kurzym Przystanku. Kurzym niegdyś - bo już kur po sąsiedzku nie ma, a ich wybieg zarósł trawą. Ech, wspomnienia... Kiedyś ten przystanek uratował nam z M. może nie życie, ale zdrowie to już tak: przyszła wichuro-ulewa i było to miejsce, gdzieśmy przeczekiwali. A wiata cała się kołysała i potężnie chwiała od wichru - ale też przetrwała.
Na koniec jeszcze jakaś baba próbowała mi wejść z rozpędu na przejście dla pieszych - hamując wykręciłem jednocześnie na środek jezdni - i tym sposobem ją jakoś ominąłem jednocześnie się zatrzymując. A kompletnie jej nie widziałem, bo właśnie z naprzeciwka 15 m dalej 2 auta próbowały się zderzyć/wjechać w siebie przeraźliwie hamując i trąbiąc, więc cała moja uwaga była skierowana w tamtą stronę. Jak to trzeba mieć oczy i światełka (choć było jeszcze jasno) dookoła głowy!
A tak poza tym to bardzo udane opłotkowanie w dawno nieodwiedzanej (a kiedyś takoż zamieszkiwanej) Rudej Pab.
Dla ciekawskich moich starych stałych tras - filmik z dziś - bezfotkowy tym razem, bo wolałem się skupić na walce pod wiatr, lub żyłowaniu z wiatrem, niż się rozpraszać na widoczki :)

Do Rudych Opłotków - i na abarot

A jutro, jeśli wichry pozwolą - ciąg dalszy odrabiania strat, których i tak nie odrobię, bo piątek i sobota tak służbowo zawalone bezrowerowo poza miastem Uć (bo w Pijotrkowie Trąbalskim), że nie będzie już kiedy.




  • DST 56.98km
  • Teren 1.78km
  • Czas 02:13
  • VAVG 25.71km/h
  • VMAX 41.29km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Kalorie 2440kcal
  • Podjazdy 305m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

S-pętelkowanie z niespodzianymi odrostami

Sobota, 16 września 2017 · dodano: 16.09.2017 | Komentarze 7

W planach dziś była od rana szybka (by zdążyć przed zapowiadanym dżdżem), klasyczna pętelka na S (rowerowe S-8, czyli trasa Sosnowiec-Stryjków-Smolice-Swędów-Szczawin-Samotnik-Smardzew-Scottniki;). Ale ranek przeciągnął się jak kot prawie do południa - w międzyczasie M. jak się dowiedziała, że się najpierw wybieram na najbliższy kompresor (na stacji - a jakże - Bliska) trochę się podpompować, to stwierdziła, że też jedzie ze mną. No dobrze :)
Na Bliskiej kompresor, mimo prób trwających chyba z kwadrans nie chciał z nami współpracować, więc z powodu braku obsługi (siedziała w sklepie stacjowym jednoosobowo i nie była skora do współpracy) pojechaliśmy do nieco dalszej Niebliskiej ;) Tam skuteczne pompowanie w sekund pięć - i M. wróciła do domu, a ja myk w pętelki na S.
Do Sosnowca szło zgonie z planem - tam wpadłem na nieroztropną myśl, by zrodzić więcej kilometrów aby ominąć wiadukt nad A2 -  zatem odbić na Cesarkę. Zemścić się to miało w kwestii wiaduktów w trójnasób, a zaprocentować dodatkową co najmniej dychą km-ów: okazało się bowiem jeszcze przed rzeczoną Cesarką, że jest dziś Trathlon i drogi na Stryjków z tej strony pozamykane... musiałem niepysznie wykręcić zupełnie nie tam, gdzie chciałem, czyli aż na Warszewice i Niesułków - i zaliczyć przy okazji trzy wiaduktowe podjazdy, miast jednego.
Na wjeździe do Stryjkowa wpadłem na myśl, by wypróbować wreszcie kilkuletnią już obwodnicę tego zacnego City. Pomysł, skoro już musiałem jeździć tam, gdzie wcale nie miałem w planach, okazał się być zacnym - gładziutki asfalt, co ciekawe - zero ruchu, a przede wszystkim żadnych durnych kostek nibyrowerowych. Stryjków: oto mój kandydat w ewentualnym konkursie na najprzyjaźniejszą rowerzystom gminę! ;D
W końcu jednak obwodnica się skończyła i musiałem zawrócić do miasteczka. Stąd już dość tradycyjnym ciągiem dalszym pętelki na S (Smolice, gdzie postój w sklepiku na pić - Swędów - Szczawin - Wołyń miast Podola tym razem - Samotnik - Smardzew). Zamiast przez Scottniki odbiłem na łagiewnicki klasztor, potem przez las ulicą Wyciekową nad Stawy Arturowkowe. Tu sobie posiedziałem - i posiedziałbym dłużej, ale zaczęło się czarnochmurzyć, więc wziąłem Mery w obroty - i równo z pierwszą kroplą dżdżu zameldowałem się w domu :)
Sakwy dziś lekkie; wiatr - początkowo słaby oSESek, z czasem nieco stężał i wykręcił na SWojaka, ale bez tragedii. W ostatecznym rozruszanku ani specjalnie nie pomógł (stąd niewygórowana Vmax, jak na tę trasę), ani nie przeszkadzał zbytnio. Jak to mówią komentatorzy skoków: dziś były równe warunki dla wszystkich (niezależnie od kierunku lotu;)
No i smętne 4 tysiące w tym roku odfajkowane.
Trasa:
TomTomowa mapka
i
Relievowy Filmik



  • DST 66.87km
  • Teren 4.61km
  • Czas 02:38
  • VAVG 25.39km/h
  • VMAX 43.38km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Kalorie 2868kcal
  • Podjazdy 354m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Służbowe Sprawdzenie Lewidłowości Rawki Prawidłowej

Piątek, 15 września 2017 · dodano: 15.09.2017 | Komentarze 4

Dziś, aby nie siedzieć w Centrum Sterowania Niczym, uprosiłem Dyrektorstwo o wyjazd służbowy w pewne miejsce kawałek za Koszulkami. Ponieważ włascicielowi owego miejsca zależy na jego promocji (sam się do nas zgłosił!), więc trzeba było podjechać, zobaczyć, pogadać, porobić służbowe fotki etc. A ponieważ nikt z nas tam wcześniej nie był, a tylko ja miałem czas i - jak zawsze - możliwości rowerowe, więc zamiast świtem bladym jak zwykle jechać do p. najpierw się wyspałem za ostatnie 4 dni, a przed 11.00 ruszyłem z huraganowym wichrem na wschód.
Najpierw jednak mozolne przebijanie się przez miasto, dopiero po ok. 10 km mogłem rozhulać Meri do przyzwoitych 30 km/h.
Po godzinie z haczykiem postój nad Mrogą w Tworzyjankach (dowcip sprzed paru lat: "co się tworzy w Tworzy-Jankach? Meble IKEA!;)"
Za Tworzyjankami bardzo skiepściły się drogi - miejscami pojawiły się jakieś pokrętne szutrówki, strome podjazdy i boczne podmuchy. Apogeum marnowania doskonałej jak dotąd średniej nastąpiło pod... Wierzchami, gdzie droga nie miała wierzchów, tylko spody, bo cały asfalt zdarli i nadal to robili. Potem jeszcze było trochę gruntówek i wyjątkowo dziurdziołowatych* (*Dziurdzioły - wieś całkiem niedaleko, w stronę Rawy) asfaltów pamiętających zapewne Gierka - w końcu jakoś dotelepałem do celu dzisiejszej przejażdżki - czyli agroturystyki nad Zalewem Batorówka.
Tu powitał mnie miły pan gospodarz, oprowadził po swych wszelkich atrakcjach (pokoje gościnne, wokół zalewu, do baru etc.) - a ja zasypałem go pytaniami, robiąc jednocześnie zdjęcia.
Na herbatkę zaproponowaną na koniec wizytacji już mi się nie chciało zostawać - zostawiłem natomiast naszą promocyjną celulozę o uckim, co diametralnie odciążyło tyły Merysi - i ruszyłem przy nadal silnym, lecz już tym razem niestety bocznym wietrze raczej dziurdziołowatą szosą na Jeżów.
Jeżów, z którego pochodzi słynna kaszana oraz moja była dyrektor przywitał mnie drogowskazem "Góra 3". Wiedziałem, że to wierutna bzdura, bo miałem w planie jeszcze "Co Najmniej Kilkanaście" ;) Kierunek na Jeżów obrałem z tego powodu, że chyba nie dałbym dziś rady zrobić pod wicher pięciu dych z powrotem - należało więc znaleźć jakąś kulej i nieambitnie pokonać większą część drogi pekapem.
Najbliżej był Rogów, ale oznaczałoby to rypanie wprost pod wiatr, więc wybrałem nieco dalszy Przyłęk - i pod przednio-boczniak ostrygowaty dźgałem jeszcze kilka km na stację.
Filmik całej trasy od rana do Przyłęku:
https://www.relive.cc/view/e1002390444

Po pół głodzinie nadjechał Regio, co było o tyle niekorzystne, że musiałem zabulić 7 zyla dodatkowo za rower - a eŁKA przewozi za darmo :/ No, ale na eŁKĘ musiałbym czekać prawie 1,5 h. Może jakoś się wepchnie koszta roweru w delegację, w końcu ja ją będę robił ;)
Żeby zaś nie było całkiem nieambitnie wysiadłem nie na Fabryce, tylko na Niciarce - do domu dalej, ale przyjemniejsza trasa, bo mniej świateł i z ominięciem samego centrum. Filmik nr 2 (z tej, czyli końcowej części wypadu):
https://www.relive.cc/view/e1002390444

Obie części trasy: Uć-PrzyłękNiciarka-dom - zgodnie z życzeniem kol. Trollkinga skrócone do minimum, żeby się nie zaplątał w linki ;)

A co do Prawidłowości i Lewidłowości górnego biegu Rawki: prawidłowa jest... Lewidłowa, bo prawidłowa to Rawka-Rewica. Tako rzekł dziś pan gospodarz znad Rawki-Rewicy - i odtąd zagadka sprzed lat, którą z kol. Meteorem zzagadkowaliśmy - rozwiązana!! :)



  • DST 66.21km
  • Teren 1.76km
  • Czas 02:39
  • VAVG 24.98km/h
  • VMAX 45.97km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Kalorie 2829kcal
  • Podjazdy 348m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Powitać Setkę - z przygodami

Piątek, 8 września 2017 · dodano: 08.09.2017 | Komentarze 9

Nareszcie, po tygodniu okropieństw pogodowych zaświecił z rana kawałek słonka, więc zamiast piechotą, albo jakimś środkiem masowego rażenia, ruszyłem rowerem do p.
Po południu miałem trochę czasu - a że dziś właśnie startowała jubileuszowa, bo już dziesiąta Setuchna http://www.skpb.lodz.pl/index.php/my-w-lodzi/setka-po-lodzku/x-rajd-dlugodystansowy-setka-po-lodzku-zapowiedz.html, na której to co roku ongi bywałem, no to  postanowiłem podjechać na start przywitać się z dawno lub mniej dawno nie widzianymi znajomymi pieszochodami. Niebagatelną rolę w owej wiekopomnej decyzji odegrał fakt, iż moja firma objęła patronatem tegoroczną imprę, więc przy okazji też troszkę służbowych fotek należało uczynić.
Tak więc o 16.00 pomknąłem na start do Wiączynia - ale żeby nie było krótko i nudno - pętelkując aż niemal na Stryjków. Nudno, jak się wkrótce okazało - nie było ani trochę - ale o tym za chwilę.
Trasa popołudniowa:
https://mysports.tomtom.com/service/webapi/v2/activity/perm_yR_-RXd8fIwpcr3tD31JkmaJvwXcGZDa_Ga6smzjMquZk4SbYZykDn4fSGWT19zNx6TT3knuur2QVl54_5MVXw?format=html
Do okolic rzeczonego Stryjkowa, po przedarciu się przez miejskie korki jechało się wyśmienicie, bo z dość silnym wiatrem z SW. Po drodze jedna niezbyt udana przygoda: na zjeździe, przy ca 40 km/h, gdy mijałem zaparkowany na pasie awaryjnym samochód, ten postanowił włączyć się do ruchu - i to zawracając. W ostatniej chwili hamując odbiłem w prawo na właśnie przed sekundą przez ów pojazd opuszczony pas - ale przez chwilę było gorąco!
Znacznie przyjemniejsza przygoda spotkała mnie na wiadukcie nad autostradą A1 - dostrzegłem kolarza robiącego sobie postój. Po podjechaniu bliżej okazało się, że to nie kto inny jak słynny MrScott! (kto ma facebooka, ten wie, kto nie ma - to może go znaleźć tu: http://www.bikestats.pl/rowerzysta/1960Dziki). Pogadaliśmy miło ze 3 chwile, fotnęlismy wspólne zdjęcie - i ruszyłem dalej, bo mnie czas już trochę gonił. Zaczęło się też ostrzejsze rypanie pod wiatr, który na szczęście stopniowo słabł był.
Kolejna, tym razem znów niemile samochodziarska przygoda spotkała mnie na skrzyżowaniu koło Brzezin, gdy przejeżdżałem na drugą stronę ruchliwej szosy - akurat było pusto, stało tylko na poboczu kawałeczek dalej jakieś auto. I gdy miałem je ze swej lewej strony, nagle dało wsteczny, a jego tył zaczął szturmować mój lewy bok! W ostatniej chwili cisnąłem w pedał i o centymetry pan nieuważny minął mój tylny odblask i koło... i dalej sobie pognał na wstecznym - poboczem. A Mery się wywróciła, bo się gibnęła (ja nie, zeskoczyłem zgrabnie) i siodełko się trochę zwichrowało od walnięcia w ziemię. Już mi się nawet tego wstecznictwa umysłowego nie chciało ganiać... wyprostowałem siodełko i pojechałem dalej.
Do Wiączynia dotarłem po 18.00 - gadki, fotki z organizatorami marszu i znajomymi uczestnikami - i po godzinie rozpocząłem powrót. Tymczasem zrobiła się nieprzyjemna pora: zmierzch, latarnie w mieście jeszcze nie włączone, a auta oślepiające na długich, co przy kropelkach, które biorą me oczęta sprawia, że jechałem jakby we mgle i nawierzchni za dobrze nie widziałem.
Wszystko szło gładko do momentu, gdy podjeżdżając pod dom chciałem ominąć bezpiecznie 3 dziewoje, ale zapomniałem przy tym o pewnej zatoczce wgłębionej za pomocą krawężnika 15 cm poniżej poziomu jazdy.
Łubudu! - i tym razem też nie fiknąłem, ale opony tak zaszorowały bokiem o krawędź krawężnika, że przez chwilę sądziłem, że je rozciąłem.
Dziewoje były wyrozumiałe (nie chichrały się zbytnio;), a ja na dziś mam przygód za cały niejeżdżony tydzień dosyć! ;P



  • DST 41.85km
  • Teren 1.08km
  • Czas 01:37
  • VAVG 25.89km/h
  • VMAX 44.28km/h
  • Temperatura 31.0°C
  • Kalorie 1798kcal
  • Podjazdy 271m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Uć, a potem DoKlęSk

Wtorek, 29 sierpnia 2017 · dodano: 29.08.2017 | Komentarze 4

Rano klasycznie do p., a po południu mając dość 8h siedzenia i gapienia się w monitor oraz korzystając z miłej pogody (bardzo ciepło, ale w granicach przyzwoitości oraz słabiuśki wiatr z SE) mniejsza wersja pętelki na S - tym razem via Dobra, Klęk i Skotniki, więc można określić ten wariant jako Drogę DoKlęSk. Jechało się jednak wyśmienicie (mimo dużego w tygodniu ruchu na Stryjkowskiej - nawet fajnie tiry "zasysały" podbijając dodatkowo prędkość na zjazdach, a pomagając na podjazdach) - powrót przez Las Łagiewnicki - wreszcie po wichurze przecięli skrót do dolnego stawu od Łagiewnickiej, więc mogłem go rowerowo-licznikowo wymierzyć, żeby za każdym razem już nie musieć sprawdzać do statystyk, ile to z tamtej strony terenu wychodzi.
Chwila nad stawem w przyjemnym chłodnym półcieniu - i nieco pokrętnie, by jeszcze coś tam dokręcić - powrót do domu.
Popołudniowa droga DoKlęSk: https://mysports.tomtom.com/service/webapi/v2/activity/perm_57GrMquknxD4owvXUHWxY0SmZ3ZWcVAr871MPTpFirYSYHJpRoMGtVdGt9grVId59AyxHw_mRCqGwqIidGGusA?format=html


  • DST 45.08km
  • Teren 0.70km
  • Czas 01:40
  • VAVG 27.05km/h
  • VMAX 42.84km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Kalorie 1933kcal
  • Podjazdy 266m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Czasówkopodobna pętelka S-6

Niedziela, 20 sierpnia 2017 · dodano: 20.08.2017 | Komentarze 3

Pogoda wyśmienita: bez oślepiającego słońca, bez wyciskającego ostatnie rzygi wiatru, bez powodującego migotanie wszystkiego (a nie tylko przedsionków i światełka w lodówce) upału - więc z braku więcej niż 2h szybki myk nową opcją stałej pętelki na Stryków i inne eS-y - by było ciekawiej rozbudowałem pętelkę od wschodu o Cesarkę, a od zachodu - o Dąbrówkę Marianka ;D
A że ominąłem Samotnika ze Scottnikami - więc wyszła S-6.
Wszystko było gładkie i w kwiatkie dopóki znów nie wpadłem na pomysł przejechania przez zdemolowany przez wichurę 10 dni temu Las Łagiewnicki. W swej naiwności sądziłem, że Leśnictwo Miejskie, czyli gospodarz lasu usunęło chociaż na głównych alejkach (tych wyżwirowanych) drzewa, lub chociaż je przeciął na szerokość, powiedzmy, roweru.
Otóż nie.
Zatrzymałem więc wszystkie moje endy-mendy (link do trasy do tego momentu: https://mysports.tomtom.com/service/webapi/v2/activity/perm_UhOV624EImbnkCBqJX0PYXCX2vI6PrtWHuMwv3ku1ta4lfVuXhWeEd-dwxkDsIi4y6g-_S-P5fgF9P3xzWIyvw?format=html), zdjąłem licznik, włączyłem opcję "spacer" - i tak z rowerem pieszo przedarłem się przez to, przez co musiałem, by znaleźć się nad Arturówkowym Stawem.
A stąd znów rowerowo (po włączeniu endów-mendów rowerowych) do domu. I w ten oto praktyczny sposób średnia 27+, wyśmienita jak na starą Góralkę - obroniona, a miesięczna beznadziejna - znacząco poprawiona :)


  • DST 50.45km
  • Teren 1.35km
  • Czas 01:57
  • VAVG 25.87km/h
  • VMAX 40.93km/h
  • Temperatura 33.0°C
  • Kalorie 2138kcal
  • Podjazdy 256m
  • Sprzęt MERIDA KALAHARI 500
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z Jamboru

Wtorek, 15 sierpnia 2017 · dodano: 15.08.2017 | Komentarze 4

Przed południem spacerowe 8 z hakiem km po lasach - znaleziono tylko 30 kurek - i to tylko na działce. To resztki z poprzedniego wysypu - ostatnio było za sucho i za gorąco.
A popołudniu opcją bardziej asfaltową niż dzień wcześniej do domu - wg prognoz wiatr miał być od S do SE, a więc w ogólnym rozrachunku tylny do bocznego. A ten, owszem, najpierw był nawet z S, ale czym bardziej odbijałem na E (trasa biegnie wszak łukiem), tym bardziej robił się SE, E... w końcu nawet NE! - i przybierał na sile. Więc na koniec jeszcze solidnie zmęczył i popsuł średnią oscylującą na 3/4 trasy wokół 26,5-26,9. Do tego zrobiło się gorąco, a w sakwie resztki coli, więc mnie pod koniec wręcz odcięło.
Takie życie.